Wzrok Martina niewiele różnił się od spojrzenia martwych. Matowy błękit, pozbawiony blasku życia. Ewidentnie stąpał po ziemi jedną nogą będąc w innym świecie.
— Gdybym wierzył w karmę, umierałbym z niecierpliwości na te wszystkie dobra, które miałyby mnie spotkać.
Miał wiedzę w tym temacie. Utopijna koncepcja, aczkolwiek nie miałby nic przeciwko, gdyby okazała się prawdą. Bezwzględna sprawiedliwość zostawiała jednak pytanie dotyczące wyznaczników moralności i kto je ustanawia. Czy kradzież jedzenia przez głodującego biedaka dodaje, czy ujmuje karmę? Ile żon może mieć mężczyzna? Ile mężów może mieć kobieta? A może, czy kobieta może mieć żonę lub mężczyzna męża? Ogrom pytań nigdy by się nie kończył, ale to dokładnie takimi rozwleczonymi w nieskończoność rozważaniami Martin uwielbiał się zajmować.
Nawet pół żywy dostrzegł jakieś drgnięcie w postaci Cynthii. Spuściła wzrok.
— To jak stanie na granicy światów.
Chyba rozumiał, co miała na myśli. Ludzie otaczali go cały czas. Poruszali się, mówili, myśleli. Ciężko pojąć, jak z każdego z nich uleci życie w pewnym momencie i pozostaną po nich bezduszne ciała.