Nawet nie wydał z siebie dźwięku, gdy upadał. To było tak nierealne. Był tak strasznie przerażony. Krzyknął dopiero, gdy byli już na dole. Dłonie i kolana asekurowały upadek. Jedną ręką uchronił też Kim od ewentualnych urazów głowy.
— Nic, ci nie jest!? Tak strasznie przepraszam!
Jak porażony prądem zaczął wstawać i otrzepywać się z ziemi, jednocześnie wyciągając dłoń do Kim, by pomóc jej się podnieść. Gdzieś w jego głowie krążyło wypowiedziane przez nią słowo "kochany".
— Na Merlina, jak mogłem do tego dopuścić! Jesteś cała? Co z głową? Ilę palców pokazuję? — Wystawił trzy palce. Gdy w pełni wstała zaczął oglądać ją z każdej strony. Nie dotykając, oczywiście.
— Jak wielka ze mnie ciamajda, Kim, tak mi przykro! Przeceniłem swoje możliwości!
W normalnej sytuacji śmiałby się ze swojej słabej fizyczności, ale tym razem czuł się sprawcą potężnej katastrofy. Właśnie zmiażdżył kobietę swoich snów. Cóż za niedojda.