Jeśli kobiecie faktycznie zależało na tym, aby niemalże każdym swoim skinieniem wprawiać swoich rozmówców w stan wiecznej niepewności w kwestii jej prawdziwych intencja, to mogła śmiało uznać, że była całkiem blisko tego celu. A kto wie, może nawet już go osiągnęła, ale nie odeszła od planszy, aby wprowadzić na pole gry jeszcze więcej chaosu i napawać się tym, że ograła wszystkich, którzy potencjalnie mogliby stawić jej czoła. Tak, to było dosyć prawdopodobne.
— To oczywiste. Ciężko dotrzymać kroku ideałowi, nie mówiąc już o jego całkowitym podrobieniu. Zwłaszcza gdy tym ideałem jest ktoś tak bardzo niepowtarzalny w swym jestestwie — stwierdził z minimalnym uśmieszkiem, obserwując manierę panny Lestrange. Miała o sobie wysokie mniemanie, to było widać. — Niektórzy pewnie i tak spróbowaliby się do ciebie upodobnić, żeby zasmakować, jak to jest posiadać tak dobrze rozwiniętą pewność siebie.
Nie byłby zdziwiony, gdyby do podobnego scenariusza doszło już za czasów, gdy dziewczyna uczęszczała do Hogwartu. Znając ją teraz, mógł tylko zgadywać, o ile bardziej wyraźnie mogły się wówczas rysować jej cechy charakteru. Na pewno ściągała na siebie uwagę innych, zarówno tą dobrą, jak i złą. Jakaś szara myszka, spragniona zmiany wizerunku, mogła w przeszłości spróbować odwzorować styl blondynki, sądząc, że coś tak trywialnego, jak zmiana fryzury czy stylu ubioru sprawi, że uszczknie nieco tego, co sprawiało, że Eden była... Cóż, Eden.
— Chociaż zapewne niezbyt by cię to obeszło, nieprawdaż? Wystarczyłoby jedno spojrzenie kątem oka, żebyś pogoniła komuś kota. Nawet nie musiałabyś kończyć zdania, żeby sprawić, że druga osoba poczuła się wyobcowana i nie na miejscu.
Byłbym przerażony, gdybyś wiedziała, pomyślał. Nagle przestając na dłuższą chwilę machać w powietrzu nogami, kiedy zdał sobie sprawę z taksującego jego sylwetkę spojrzenia. Miał dziwne przeczucie, że atmosfera między nimi uległa minimalnej zmianie. Nie w kontekście bliskości czy intymności, a tego, jak postrzegana była jego osoba. Czuł się, jakby był poddawany testowi, jak w wywiadzie, gdy dziennikarz stara się znaleźć słaby punkt swojego gościa, aby wiedzieć, gdzie może bez wahania nacisnąć.
— Chyba będziesz musiała. — Zmrużył oczy, usiłując znaleźć sposób na odbicie piłeczki, póki ta była jeszcze w locie. — Osobiście wolę stopniowo odkrywać kolejne karty, zamiast wykładać od razu całą talię na stół. Zdradzenie wszystkich tajemnic i szczegółów przy pierwszej nadarzającej się okazji wydaje się... pospolite. Nie płynie z tego żadna frajda.
Prawda spleciona z niedopowiedzeniem. Nie uważał osób otwartych i chętnych do dzielenia się swoimi najgłębszymi przemyśleniami za nierozważnych. Przynajmniej do pewnego stopnia. Sam jednak preferował, gdy relacje rozwijały się stopniowo, gdzie każdy schodek prowadzący na szczyt niósł ze sobą zupełnie nowy zestaw informacji czy wartych rozważenia punktów widzenia. Pokonanie schodów w dwóch susach bywało nęcące z uwagi, ale było też ryzykowne.
Nie był to najlepszy występ w jego życiu, ale nie miał zamiaru wywiesić białej flagi tylko dlatego, że druga strona postanowiła skorzystać z, elegancko mówiąc, mało wyrafinowanego zestawu broni. A i tak jej sposób zadziałał, pomyślał, odczuwając lekką ciepłotę swoich policzków.
— Poza tym cierpliwość jest cnotą. — Wzruszył lekko ramionami, starając się nie uderzyć przy tym ruchu głową o sufit. — Mógłbym pozwolić ci nad tym podumać jakiś czas. Zaczęłabyś rozkładać moją osobę na czynniki pierwsze, starając się przewidzieć, jaka jest prawda, aż w końcu przerodziłoby się to w fascynację. Być może nawet zaczęłabyś prosić, żebym zdradził ci, jak to ze mną jest.
Uśmiechnął się do siebie niepewnie. Znając opinie krążące na temat Eden w departamencie, ciężko byłoby mu uwierzyć, że była przyzwyczajona do proszenia o cokolwiek. Zwłaszcza jeśli chodziło o tak trywialną sprawę, jak osoba jakiegoś tam Erika. Może nie władał orężem, jakim było słowo z równą wprawnością, co jego konkurentka, ale na sztukę oratorską składało się wiele czynników. Być może młody Longbottom właśnie testował efektywność jednego z nich?
— Hmm. — Założył ręce na piersiach, ściągając lekko brwi, jak gdyby starał się znaleźć w swoim umyśle odpowiednią szufladkę. — Chyba mam za dużo zasad, którymi chciałbym się kierować w życiu. A od każdej zasady mógłbym podyktować całą listę wyjątków, podając za przykład okoliczności, których szansa na spełnienie jest bliska zeru. Aczkolwiek w dużym skrócie: zmuszanie mnie do łamania moich osobistych zasad moralnych, etycznych i tych wynikających z chęci zachowania przyzwoitości w tym pełnym szaleństw świecie.
Na jego twarz wdarł się krzywy grymas. Raczej nie takiej odpowiedzi oczekiwała Eden, być może licząc, że Erik, chcąc kontynuować tę jakże intensywną wymianę zdań, po prostu rzuci kilkoma prostymi przykładami. Zamiast tego zaprezentował co najwyżej kategorie, które chciałby, aby były nienaruszalne przy udzielaniu wsparcia innym. Zdecydowanie nie była to najbardziej wyszukana riposta.
— Domyślam się. Kiedy mamy coś na własność i nie musimy się tym dzielić, postrzegamy to jako coś wyjątkowego. A potem przychodzą inni ludzie i dany fenomen powszednieje — rzucił bez większego namysłu, nie zdając sobie sprawy z tego, że Lestrange mówi o nim.
Powiódł wzrokiem za jej dłonią, gdy odgarniała swoje włosy za ramię, aby koniec końców opadły na jej plecy. Zwykły gest, na który nie zwróciła większej uwagi, czy skrzętnie wyuczony ruch aktorki mający na celu przykuć uwagę do jej osoby? Erik nie miał szansy zgłębić tej myśli dostatecznie mocno, gdyż z ust kobiety padło coś, co nosiło znamiona komplementu. Aż go zatkało.
— Zaszczyt to dla mnie. — potwierdził uprzejmie z ostrożnym uśmiechem. Jeśli było to autentyczne pochlebstwo, to chyba powinien zapisać tę datę w kalendarzu, po powrocie do biura. Miał wewnętrzne przeczucie, że mało kto był obdarowywany tego rodzaju prezentem przez Eden. Mile połechtało to jego ego, musiał przyznać. — Muszę przyznać, że i do mnie przemawia dramaturgia sceny, w jakiej się znaleźliśmy. Dobry, materiał na sztukę teatralną. Dwie zagubione dusze o zupełnie różnych temperamentach znajdują siebie nawzajem w niedostępnej dla pospólstwa skarbnicy wiedzy wielkiego rządu. Kto wie, na jakie pomysły mogłyby wpaść te duszyczki, mając dostęp to takich zasobów?
Jakby dla podkreślenia wagi swoich słów, rozpostarł ręce, prezentując jakże epicką scenerię w formie szafek i regałów wypchanych po brzegi różnej maści dokumentami, oficjalnymi notkami i księgami dotyczących dawnych spraw. Może nie było tutaj wystarczająco dużo haków, aby przejąć władze nad światem, ale aby zamieszać nieco w londyńskim półświatku? To było już nieco bardziej prawdopodobne. Chyba powinni się skontaktować z jakimś pisarzem, aby przeniósł ten pomysł na papier.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞