09.07.2023, 03:24 ✶
Ulysses odwrócił głowę w stronę Danielle. To też w niej uwielbiał. Był dziwakiem, ale w jej obecności czuł się nim trochę mniej. Wzruszył ramionami, zdając sobie sprawę, że cokolwiek by w tym momencie powiedział, zabrzmiałoby to jednakowo melodramatycznie. Miał pamięć niemalże absolutną. Chciał czy nie chciał, ale musiał pamiętać. Tak, taka pamięć sporo ułatwiała w jego życiu i tak, jednocześnie zaśmiecała jego umysł mnóstwem bezwartościowych informacji. Chociaż akurat tę, tę dotyczącą menu lubianej przez nich restauracji i regularnie zamawianego tam jedzenia, nie uważał za bezwartościową. Żadna informacja, która dotyczyła Danielle nie była w głowie Ulyssesa bezwartościową.
- Nadal lubię to miejsce – powiedział ostrożnie. W tym momencie ważył słowa, mając nadzieję, że zabrzmią odpowiednio neutralnie, nawet jeśli wcale nie były neutralne. Tak, nadal lubił La Forchetta d´Oro i wiedział, że będzie lubił ją już zawsze, bo nierozerwalnie kojarzyło mu się z Danielle. A jednocześnie… jednocześnie nie mógł tam już wrócić. Samotnie to nie byłoby to samo, al po wszystkim co się stało, zaprosić uzdrowicielki już tam nie mógł.
Starał się iść ostrożnie. Rozglądał się na boki i do przodu, jakby sam próbował zastosować się do maksymy Moody’ego. Ale tak naprawdę mógł dzięki temu nie reagować aż tak wyraźnie. Nie musiał udawać, że nie zaciska rąk w pięści, uciekać wzrokiem i siłować się z samym sobą przed chęcią złapania Danielle za ramiona i przyciągnięcia do siebie a potem przepraszania jej za to co się stało podczas Beltane. Może się pomylił i ojciec wcale nie wiedział co robi?
- Ja… - zaczął, zająknął się i urwał. Nie miał zielonego pojęcia, co powinien powiedzieć. Słowa wydawały mu się zbyt małe, źle ukształtowane, kompletnie nie wyznające tego, co kłębiło się w jego głowie i czego nie miał prawa wypowiedzieć na głos nawet wtedy, gdyby bardzo chciał to zrobić. Nie darowałby sobie, gdyby Danielle naprawdę coś się stało. Dorwałby Śmierciożercę, który by ją skrzywdził. Spaliłby ich wszystkich, gdyby musiał to zrobić. Albo nie zrobiłby nic. Siedziałby skamieniały, patrząc z nienawiścią w lustro i gorąco żałując, że morderca ze snów nie zabił go tamtej nocy, gdy trzykrotnie na niego nastawał.
Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie – słowa zamarły mu na języku. Miała obok siebie bliskich, sama to przyznała. Bliscy pomogli jej przetrwać. Nie potrzebowała obok siebie ciebie, ty tępy dziwaku, zganił się w myślach.
Ale chociaż wreszcie nie powiedział właściwie nic konstruktywnego to jego oczy, błyszczące ze strachu, złości na siebie samego i niepewności, powtarzały jak mantrę to, czego nie zdołały wypowiedzieć usta: Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie. Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.
Ulysses przystanął obok Danielle, gdy usłyszał skomlenie. Pokraśniał na twarzy, myśląc tylko o tym, że kiedyś oglądali psy w Hyde Parku. Otworzył usta, więcej niż uderzony zupełnie przypadkową – jak się w tym momencie wydawało – analogią. Ale ona istniała. Jego towarzyszka mogła jej nie dostrzegać, ale młody Rookwood widział ją wyraźnie. Nie było lepszego zwierzęcia do ocalenia dla ich dwójki niż pies. Nawet przewrotny los zdawał się o tym wiedzieć. Danielle miała rację i musieli go ocalić.
Kiwnął głową na znak, że usłyszał słowa towarzyszki. Zaczął obchodzić zwierzę półokręgiem. Leśna ściółka trzeszczała pod jego butami. Ulysses patrzył na ranne zwierzę. Starał się ani go nie spłoszyć, ani nie stracić z oczu. Obchodząc, zaczął ściągać z ramion ciemną marynarkę. Pies był ranny, może wychłodzony, z pewnością przerażony i agresywny. Młody Rookwood czuł, że zasłużył na każde ugryzienie, które otrzymałby z ust czworonoga. Gdyby tylko udało mu się wcisnąć go do marynarki a potem obwiązać jak kokonem… wtedy na pewno udałoby im się bezpiecznie wyciągnąć go z kniei.
Zazwyczaj Ulysses dużo myślał nad tym, jak wygląda. Nie chodziło o to, że przesadnie interesował się modą, ale o tarczę którą zapewniało mu ubranie. Schludny garnitur, biała koszula, krawat i wypastowane buty były jego zbroją, która oddzielała go od świata i sprawiała, że nie musiał myśleć przynajmniej o ubraniach. Teraz nie zastanawiał się nad tym, że właściwie pozbawiał się marynarki i to nie na krótką chwilę, ale pewnie na kilka godzin (a gdy ją wreszcie odzyska, będzie ona brudna i kompletnie nieprzydatna do użytku). Był przekonany, że postępuje właściwie, mimo tego, że wszystko co w tej chwili robił, nie było w stylu Ulyssesa Rookwooda.
Rzucił się ku psu w chwili, w której magiczne liny oplotły czworonoga. Kucnął przy nim, a potem owinął go swoją marynarką, w razie potrzeby zawiązując nawet rękawy.
- Będzie dobrze. Uratujemy cię. Teraz ci niewygodnie, ale to tylko na chwilę – obiecywał cicho zwierzęciu.
- Nadal lubię to miejsce – powiedział ostrożnie. W tym momencie ważył słowa, mając nadzieję, że zabrzmią odpowiednio neutralnie, nawet jeśli wcale nie były neutralne. Tak, nadal lubił La Forchetta d´Oro i wiedział, że będzie lubił ją już zawsze, bo nierozerwalnie kojarzyło mu się z Danielle. A jednocześnie… jednocześnie nie mógł tam już wrócić. Samotnie to nie byłoby to samo, al po wszystkim co się stało, zaprosić uzdrowicielki już tam nie mógł.
Starał się iść ostrożnie. Rozglądał się na boki i do przodu, jakby sam próbował zastosować się do maksymy Moody’ego. Ale tak naprawdę mógł dzięki temu nie reagować aż tak wyraźnie. Nie musiał udawać, że nie zaciska rąk w pięści, uciekać wzrokiem i siłować się z samym sobą przed chęcią złapania Danielle za ramiona i przyciągnięcia do siebie a potem przepraszania jej za to co się stało podczas Beltane. Może się pomylił i ojciec wcale nie wiedział co robi?
- Ja… - zaczął, zająknął się i urwał. Nie miał zielonego pojęcia, co powinien powiedzieć. Słowa wydawały mu się zbyt małe, źle ukształtowane, kompletnie nie wyznające tego, co kłębiło się w jego głowie i czego nie miał prawa wypowiedzieć na głos nawet wtedy, gdyby bardzo chciał to zrobić. Nie darowałby sobie, gdyby Danielle naprawdę coś się stało. Dorwałby Śmierciożercę, który by ją skrzywdził. Spaliłby ich wszystkich, gdyby musiał to zrobić. Albo nie zrobiłby nic. Siedziałby skamieniały, patrząc z nienawiścią w lustro i gorąco żałując, że morderca ze snów nie zabił go tamtej nocy, gdy trzykrotnie na niego nastawał.
Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie – słowa zamarły mu na języku. Miała obok siebie bliskich, sama to przyznała. Bliscy pomogli jej przetrwać. Nie potrzebowała obok siebie ciebie, ty tępy dziwaku, zganił się w myślach.
Ale chociaż wreszcie nie powiedział właściwie nic konstruktywnego to jego oczy, błyszczące ze strachu, złości na siebie samego i niepewności, powtarzały jak mantrę to, czego nie zdołały wypowiedzieć usta: Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie. Przepraszam, że nie było mnie obok ciebie. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.
Ulysses przystanął obok Danielle, gdy usłyszał skomlenie. Pokraśniał na twarzy, myśląc tylko o tym, że kiedyś oglądali psy w Hyde Parku. Otworzył usta, więcej niż uderzony zupełnie przypadkową – jak się w tym momencie wydawało – analogią. Ale ona istniała. Jego towarzyszka mogła jej nie dostrzegać, ale młody Rookwood widział ją wyraźnie. Nie było lepszego zwierzęcia do ocalenia dla ich dwójki niż pies. Nawet przewrotny los zdawał się o tym wiedzieć. Danielle miała rację i musieli go ocalić.
Kiwnął głową na znak, że usłyszał słowa towarzyszki. Zaczął obchodzić zwierzę półokręgiem. Leśna ściółka trzeszczała pod jego butami. Ulysses patrzył na ranne zwierzę. Starał się ani go nie spłoszyć, ani nie stracić z oczu. Obchodząc, zaczął ściągać z ramion ciemną marynarkę. Pies był ranny, może wychłodzony, z pewnością przerażony i agresywny. Młody Rookwood czuł, że zasłużył na każde ugryzienie, które otrzymałby z ust czworonoga. Gdyby tylko udało mu się wcisnąć go do marynarki a potem obwiązać jak kokonem… wtedy na pewno udałoby im się bezpiecznie wyciągnąć go z kniei.
Zazwyczaj Ulysses dużo myślał nad tym, jak wygląda. Nie chodziło o to, że przesadnie interesował się modą, ale o tarczę którą zapewniało mu ubranie. Schludny garnitur, biała koszula, krawat i wypastowane buty były jego zbroją, która oddzielała go od świata i sprawiała, że nie musiał myśleć przynajmniej o ubraniach. Teraz nie zastanawiał się nad tym, że właściwie pozbawiał się marynarki i to nie na krótką chwilę, ale pewnie na kilka godzin (a gdy ją wreszcie odzyska, będzie ona brudna i kompletnie nieprzydatna do użytku). Był przekonany, że postępuje właściwie, mimo tego, że wszystko co w tej chwili robił, nie było w stylu Ulyssesa Rookwooda.
Rzucił się ku psu w chwili, w której magiczne liny oplotły czworonoga. Kucnął przy nim, a potem owinął go swoją marynarką, w razie potrzeby zawiązując nawet rękawy.
- Będzie dobrze. Uratujemy cię. Teraz ci niewygodnie, ale to tylko na chwilę – obiecywał cicho zwierzęciu.