Kobieta, z którą miał być w parze i przeczesywać ten las, wydawała się być poważnie zmartwiona. Cała ta sytuacja była cholernie niepokojąca. Ten sabat okazał się być inny, niż wszystkie poprzednie w których brał udział do tej pory. Zapadnie mu na długo w pamięć. Zastanowi się dwa razy zanim podejmie decyzję o uświetnieniu kolejnego sabatu swoją obecnością.
Podobny zamach mógł się powtórzyć. Teraz mógł powiedzieć, że miał całkiem dużo szczęścia. Wyszedł z tego wszystkiego żywy i jakby nie patrzeć cały. Nadal pozostawał nie do końca przekonany, że wybrał właściwą formę pomocy. Jego towarzyszka dobrze wiedziała kim jest, choć raczej nie zamierzała poprosić go o autograf. Do takiego wniosku mógł dojść po wyznaniu Lucy, że jest Aurorką. Pod tym względem nie mógł lepiej trafić. Mogła nawet nie być fanką Zjednoczonych, najlepszej drużyny na świecie. Normalnie to pociągnąłby ten temat dalej, przedstawiając siebie w samych superlatywach. Nieszczególnie był na to dobry moment, a też trochę czuł się zmęczony.
— Uwierzysz, że jednak istnieją ludzie, którzy nieszczególnie wiedzą kim jestem? W zeszłym miesiącu poznałem na mokradłach czarownicę o imieniu Danielle, która przez dłuższy czas nie dawała wiary moim słowom odnośnie tego, kim jestem. Miło mi Cię poznać, Lucy... szkoda, że w takich w okolicznościach. Nie mogłem jednak lepiej trafić, skoro jesteś Aurorką — Na poruszenie takich kwestii też nie był to dobry moment, jednak stanowiło to pewien sposób na poradzenie sobie z tym wszystkim. Mówienie o czymkolwiek. Dużo mówienia. Nie wiedział, że w tym momencie wspominał o siostrze obecnej tu czarownicy. Bez złośliwości. Bo całkiem dobrze zapamiętał to przypadkowe spotkanie pomimo tego, że nie dopiął swego w kwestiach damsko-męskich. Cokolwiek na nich tam czekało, Aurorka powinna sobie z tym poradzić. Na pewno wsadziła za kratki kilku czarnoksiężników. Po nim nie mogła spodziewać się wiele w kwestii walki ze złem.
Wszedł do tego bardzo ciemnego lasu z duszą na ramieniu i powstającą mu w żołądku bryłą lodu. Przypominał mu te ponure mokradła. Panująca tutaj atmosfera sprawiała, że czuł się dużo, dużo gorzej, niż tam. Poczuł na karku zimny pot. Postanowił trzymać się blisko tej Aurorki, która mogła ocalić mu skórę na wypadek spotkania ze Śmierciożercą. Wysoka trawa i zgliszcza nie były dla niego znaczną przeszkodą.
— Jestem wprawnym czarodziejem — Odpowiedział zaskakująco pewnie, z dozą charyzmy i odrobiną kłamstwa. Pomimo przynależności do Srebrnych Różdżek, pojedynki czarodziejów nie są jego mocną stroną. Te, w których uczestniczył w ramach tego klubu to wyłącznie pokazówka. Prawdziwy pojedynek z przeciwnikiem chcącym go skrzywdzić to dla niego zbyt wysokie progi i wolałby uciec po to, by ocalić skórę. Po prostu zna swoje możliwości. Starał się za każdym razem uchodzić za najlepszego.
Niestety, w obliczu zagrożenia jakie na nich czyhało po podążeniu w stronę źródła dźwięku, spanikował. W momencie, w którym Lucy krzyknęła chcąc ostrzec go przed napastnikiem, on zamarł w miejscu z wyciągniętą różdżką w drżącej dłoni i krzyknął głośno ze strachu. Tyle było z jego bycia wprawnym czarodziejem w obliczu zagrożenia. To było jednak do przewidzenia z podanych wcześniej powodów. Trochę za późno zorientował się, że ten atakujący ich Śmierciożerca to wytwór ich wyobraźni wywołany widokiem wiszącej na drzewie, poruszanej wiatrem całkiem podobnej maski i krzewu poniżej do złudzenia przypominającego czarny płaszcz.
Nie było to dla niego zaskoczeniem, że Lucy jako Auror chciała dalej przeszukiwać ten las. To była jej praca. Ale on jest cywilem bez doświadczenia odnośnie radzenia sobie z czarnoksiężnikami, niemającym sposobności do toczenia pojedynków z prawdziwym wrogiem i niepotrafiącym zachowywać zimnej krwi w obliczu prawdziwego zagrożenia. Nie pomagał również fakt, że tak naprawdę wyobraźnia spłatała mu figla i zachował się jak tchórz. To mogło zaszkodzić jego wizerunkowi. Był blady i spięty, stojąc lekko pochylony na ugiętych nogach, z rękami na kolanach. Serce waliło mu niczym u królika. Oddychał głęboko.
— M-możemy z-zrobić p-przerwę? A-albo i-idź b-beze m-mnie — Wyjąkał. W chwili obecnej się skłaniał ku powrocie. To nie na jego nerwy.