Wieczór Beltane zakończył się dla Martina niesamowicie dziwnie. Wszystko to było jak dziwny sen. Nie wiedział, czy powinien do tego wracać, czy nie. Odszukać poznaną wczoraj kobietę, czy nie. Ale przestał o tym myśleć w momencie, gdy wrócił do domu i matka rzuciła się na niego z uściskiem. Elisabeth nie słynęła z wylewnych czułości, tak więc Martin od razu przeraził się, co ją do tego skłoniło.
Wtedy dowiedział się o wydarzeniach na polanie festiwalu. Od razu pomyślał o Daisy, ale ta opuściła miejsce jeszcze przed nim. Czyli niewinny spacer po lesie i dziwny wiatr pojawiający się znikąd, uchronił go przed tragedią.
Postanowił odwdzięczyć się losowi za swój ratunek poprzez pomoc skutkom Beltane. Udał się do Doliny Godryka, zgłosił do działania, po czym udał na wyznaczone miejsce, gdzie miał do niego dołączyć jakiś brygadzista.
Podczas czekania kusiło go, by zapalić, ale zapewne nie był to najlepszy moment na to. Szczególnie, że już wkrótce dostrzegł swoich towarzyszy. Spojrzał na kota. Kiedyś widział już takie magiczne stworzenia, ale wciąż stanowiły dla niego interesującą zagadkę.
— Tak, to ja. Dzień dobry — odpowiedział grzecznie kotu. Powinien mu podać dłoń do powąchania? Do uściśnięcia? Pogłaskać po głowie? Nie miał pojęcia, jaka jest etykieta dotycząca magicznych kotów. Na szczęście ten chciał od razu przejść do działania, więc nie było problemu.
Crouch poświęcił chwilę uwagi brygadziście. Młodszy i w dodatku... niewidomy? Martin domyślił się po kierunku, w którym chłopak wyciągnął rękę i kierował spojrzenie. Ewidentnie puste spojrzenie.
— Dzień dobry, Martin Crouch. — Uścisnął krótko dłoń, po czym ruszył za kotem.
!A5