09.07.2023, 14:11 ✶
- Mam na imię Bell, zapamiętaj to, Martinie Crouch - bo na nic innego reagować nie zamierzał. - Składanie podhpisów na dokumentach jest idothyczne - powiedział, pakując sobie przednią łapkę do pyszczka. Ostatecznie porzucił plan umycia się pobiegł przed siebie nieco szybciej, prowadząc Delliana pomiędzy drzewami. Bycie niewidomym w lesie musiało być ciężkie - Bell próbował jednak ułatwić to wszystko tak dobrze jak mógł, a miał w tym wiele długich lat doświadczenia.
Szedł i szedł, próbując wpaść na trop jakiegoś człowieka i... No i co, kto jest najlepszym tropicielem? Wcale nie jakiś pies! Oto on, doskonały łowca - Dzwoneczek!
- CICHO, TAM KTOŚ JEST - krzyknął do swoich towarzyszy, przecinając głuchą ciszę wokół nich. Nie czaił się w krzakach zbyt długo, bo kiedy tylko poczuł woń dziecka, poczuł również spontaniczne, wyjątkowo kocie pragnienie położenia mu się na czole. - ZA MNĄ - rozkazał, z gracją przeskakując - WYSTAJĄCY KORZEŃ - oraz - KŁUJĄCY KRZEW - a później przeturlał się po leśnej ściółce i usiadł na niej machając ogonem.
Kapłanka wyglądała na zdziwioną, ale w jej oczach rozbłysł blask nadziei.
- Spokojnie bezbronna kobieto, tych trzech dżentelmenów przybyło ci na ratunek - wliczył w to oczywiście siebie - kim bowiem był jeżeli nie dżentelmenem? Po rozmowie z kapłanką zakomunikował: „Martinie, podsadź mnie!”, a ułożony obok marniejącego dzieciątka schował łapki pod swój tułów przyjmując kształt bochenka i zaczął mruczeć.
Szedł i szedł, próbując wpaść na trop jakiegoś człowieka i... No i co, kto jest najlepszym tropicielem? Wcale nie jakiś pies! Oto on, doskonały łowca - Dzwoneczek!
- CICHO, TAM KTOŚ JEST - krzyknął do swoich towarzyszy, przecinając głuchą ciszę wokół nich. Nie czaił się w krzakach zbyt długo, bo kiedy tylko poczuł woń dziecka, poczuł również spontaniczne, wyjątkowo kocie pragnienie położenia mu się na czole. - ZA MNĄ - rozkazał, z gracją przeskakując - WYSTAJĄCY KORZEŃ - oraz - KŁUJĄCY KRZEW - a później przeturlał się po leśnej ściółce i usiadł na niej machając ogonem.
Kapłanka wyglądała na zdziwioną, ale w jej oczach rozbłysł blask nadziei.
- Spokojnie bezbronna kobieto, tych trzech dżentelmenów przybyło ci na ratunek - wliczył w to oczywiście siebie - kim bowiem był jeżeli nie dżentelmenem? Po rozmowie z kapłanką zakomunikował: „Martinie, podsadź mnie!”, a ułożony obok marniejącego dzieciątka schował łapki pod swój tułów przyjmując kształt bochenka i zaczął mruczeć.