09.07.2023, 17:08 ✶
Bell pacnął się łapką w pyszczek i przejechał nią wzdłuż, od góry do dołu.
- Tylko ty potrafisz wejść w drzewo po takim tekście, Dell. Pewnie dlatego, że tylko ty się podjąłeś takiego zadania będąc niewidomym, ALE to wciąż godne pożałowania osiągnięcie - powiedział, nie mogąc darować sobie skomentowania tego wybryku. Oczywiście, gdyby skrytykowania tego podjął się Crouch, Bell zjechałby go tak mocno, że ten już nigdy nie opuściłby piwnicy swojej matki, nawet gdyby miał umrzeć tam z głodu i pragnienia, bo rodzina przestała donosić mu jedzenie.
Przyjemnie było leżeć przy tym dziecku, musiał to przyznać. Czoła dzieci miały coś w sobie, coś niezwykłego... Gdyby miał wybrać gdzie się zdrzemnie - na łóżku, w kartonie lub na dziecku, wybrałby oczywiście karton, ale gdyby kartonu nie było, wybrałby głośne miauczenie, że oczekuje przywrócenia kartonu dziecko.
- No to co, w drogę panowie - miauknął, ruszając przed siebie. Minęli znów miejsce, w którym znaleźli wcześniej kapłankę. Bell rozglądał się za innymi osobami, za śladami rodziców dziecka (bo kapłanka jego matką nie była - mówiła tylko coś o tym, że znalazła je w krzewach nieopodal, eh...), ale cóż - nie znalazł nic. No dobrze, znalazł szyszkę, którą bawił się łapkami, turlając nią od lewej do prawej, ale ta nagle spadła z jakiegoś wzniesienia, więc musiał pobiec za nią dalej i...
- NA PAZURKI MOJEJ MATULI, POMOCY AŁAAAAA - wydarł się nagle. Nie przybiegł do nich, nie mówił już nic, jedynie krzyczał na całe swoje kocie gardło, bo wielka, smoczopodobna istota chwyciła go w swe szpony i najwyraźniej postanowiła skonsumować, ale była za drobna aby unieść kocisko w powietrze. Bell drapnął go, rozwścieczając przerażoną jaszczurkę jeszcze bardziej. Na widok ekipy ratunkowej zawyła dziko, nawet głośniej niż Bell, a później wzniosła się w górę i zaczęła uciekać, ciskając w ich kierunku snopem iskier.
- Tylko ty potrafisz wejść w drzewo po takim tekście, Dell. Pewnie dlatego, że tylko ty się podjąłeś takiego zadania będąc niewidomym, ALE to wciąż godne pożałowania osiągnięcie - powiedział, nie mogąc darować sobie skomentowania tego wybryku. Oczywiście, gdyby skrytykowania tego podjął się Crouch, Bell zjechałby go tak mocno, że ten już nigdy nie opuściłby piwnicy swojej matki, nawet gdyby miał umrzeć tam z głodu i pragnienia, bo rodzina przestała donosić mu jedzenie.
Przyjemnie było leżeć przy tym dziecku, musiał to przyznać. Czoła dzieci miały coś w sobie, coś niezwykłego... Gdyby miał wybrać gdzie się zdrzemnie - na łóżku, w kartonie lub na dziecku, wybrałby oczywiście karton, ale gdyby kartonu nie było, wybrałby głośne miauczenie, że oczekuje przywrócenia kartonu dziecko.
- No to co, w drogę panowie - miauknął, ruszając przed siebie. Minęli znów miejsce, w którym znaleźli wcześniej kapłankę. Bell rozglądał się za innymi osobami, za śladami rodziców dziecka (bo kapłanka jego matką nie była - mówiła tylko coś o tym, że znalazła je w krzewach nieopodal, eh...), ale cóż - nie znalazł nic. No dobrze, znalazł szyszkę, którą bawił się łapkami, turlając nią od lewej do prawej, ale ta nagle spadła z jakiegoś wzniesienia, więc musiał pobiec za nią dalej i...
- NA PAZURKI MOJEJ MATULI, POMOCY AŁAAAAA - wydarł się nagle. Nie przybiegł do nich, nie mówił już nic, jedynie krzyczał na całe swoje kocie gardło, bo wielka, smoczopodobna istota chwyciła go w swe szpony i najwyraźniej postanowiła skonsumować, ale była za drobna aby unieść kocisko w powietrze. Bell drapnął go, rozwścieczając przerażoną jaszczurkę jeszcze bardziej. Na widok ekipy ratunkowej zawyła dziko, nawet głośniej niż Bell, a później wzniosła się w górę i zaczęła uciekać, ciskając w ich kierunku snopem iskier.