09.07.2023, 18:24 ✶
- Ulysses – tylko i aż tyle. Nie była zdziwiona, widząc młodego Rookwooda w tymże miejscu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pracowali przecież w dokładnie tym samym wydziale (choć już nieperfekcyjny wygląd jak najbardziej skłaniał do zastanowienia się). Gdzie indziej mieli się znaleźć czarodzieje z pogotowia ratunkowego, jeśli nie, przykładowo, właśnie tutaj? Zniszczenia to jedno, drugie… cóż, część mugoli złapała się (niestety!) na pułapkę, jaką raptem wczoraj zastawili.
A raczej, zastawił Ulysses, bo jej porcja ulotek… cóż, oby się nikt nie zorientował. Ryzykowała? Owszem. Ale z drugiej strony, po prostu nie mogła z zimną krwią pozwolić na to, by tylu niewinnych po prostu zginęło.
Po raz kolejny przeklęła swój los – naprawdę, nie mogła sobie wybrać innego ciała, tylko właśnie to? Ze wszystkich możliwych – musiała trafić na młodą, pierdolniętą idiotkę, której oczy były wpatrzone w tego cholernego Voldemorta, którego działalność właśnie mogła podziwiać. Czysta krew jest cenna, tak? To dlaczego, do jasnej cholery, ucierpieli również i czystokrwiści?
Choć tak po prawdzie, pojawiła się tutaj, gnana nie tylko obowiązkami. Jej serce drżało o pewną szczególną osobę – wciąż. Mimo tego że w jej pamięci doskonale wyrył się obraz, który nadal bolał. I zabolał tym mocniej, gdy natknęła się na Florence – oczywiście że Florence! - gdy próbowała dostać się do namiotu.
Cóż, widok Bulstrode skutecznie odstraszył Clare od złożenia wizyty. Z drugiej strony, może i lepiej – bo kim do cholery była Alanna Carrow dla Patricka? Jak na razie nikim. Dziewczyną, z którą zdarzyło się pracować i która była świadkiem „samobójstwa”, a tak poza tym… cóż, umówili się, owszem, ale na dłuższą metę nie musiało to znaczyć nic, prawda?
- … pójdę – zgodziła się po krótkiej chwili namysłu. Raz, że to pokrywało się z jej pracą, dwa, że po części czuła się winna. Może trzeba było uszkodzić ten kamień lub podmienić na jakiś inny? Ogłuszyć Rookwooda, wymazać pamięć i zabrać jego część ulotek? Może… och, mogłaby wymieniać długo. W każdym razie, nie była zbyt rozmowna odzywając się głównie w momencie zgłaszania się do poszukiwań w kniei.
- A dlaczego miałoby nie być w porządku? – sarknęła zaraz, wsadzając dłonie do kieszeni – Plan się udał, w walkach nie brałam udziału, nie gniję w lesie i jestem cała. Hura – tak, to była ta twarz Carrow, którą znał lepiej. Ale po chwili…
- … wydaje mi się, że pospadali po drodze, ale tam mnie akurat nie posłano – mruknęła ciszej, spokojniej, zaciskając palce na różdżce. Knieja zdawała się na nich czekać. Wzięła głebszy wdech i zagłębiła się między drzewa, upewniając się, iż Rookwood nie zostawał z tyłu.
!A4
A raczej, zastawił Ulysses, bo jej porcja ulotek… cóż, oby się nikt nie zorientował. Ryzykowała? Owszem. Ale z drugiej strony, po prostu nie mogła z zimną krwią pozwolić na to, by tylu niewinnych po prostu zginęło.
Po raz kolejny przeklęła swój los – naprawdę, nie mogła sobie wybrać innego ciała, tylko właśnie to? Ze wszystkich możliwych – musiała trafić na młodą, pierdolniętą idiotkę, której oczy były wpatrzone w tego cholernego Voldemorta, którego działalność właśnie mogła podziwiać. Czysta krew jest cenna, tak? To dlaczego, do jasnej cholery, ucierpieli również i czystokrwiści?
Choć tak po prawdzie, pojawiła się tutaj, gnana nie tylko obowiązkami. Jej serce drżało o pewną szczególną osobę – wciąż. Mimo tego że w jej pamięci doskonale wyrył się obraz, który nadal bolał. I zabolał tym mocniej, gdy natknęła się na Florence – oczywiście że Florence! - gdy próbowała dostać się do namiotu.
Cóż, widok Bulstrode skutecznie odstraszył Clare od złożenia wizyty. Z drugiej strony, może i lepiej – bo kim do cholery była Alanna Carrow dla Patricka? Jak na razie nikim. Dziewczyną, z którą zdarzyło się pracować i która była świadkiem „samobójstwa”, a tak poza tym… cóż, umówili się, owszem, ale na dłuższą metę nie musiało to znaczyć nic, prawda?
- … pójdę – zgodziła się po krótkiej chwili namysłu. Raz, że to pokrywało się z jej pracą, dwa, że po części czuła się winna. Może trzeba było uszkodzić ten kamień lub podmienić na jakiś inny? Ogłuszyć Rookwooda, wymazać pamięć i zabrać jego część ulotek? Może… och, mogłaby wymieniać długo. W każdym razie, nie była zbyt rozmowna odzywając się głównie w momencie zgłaszania się do poszukiwań w kniei.
- A dlaczego miałoby nie być w porządku? – sarknęła zaraz, wsadzając dłonie do kieszeni – Plan się udał, w walkach nie brałam udziału, nie gniję w lesie i jestem cała. Hura – tak, to była ta twarz Carrow, którą znał lepiej. Ale po chwili…
- … wydaje mi się, że pospadali po drodze, ale tam mnie akurat nie posłano – mruknęła ciszej, spokojniej, zaciskając palce na różdżce. Knieja zdawała się na nich czekać. Wzięła głebszy wdech i zagłębiła się między drzewa, upewniając się, iż Rookwood nie zostawał z tyłu.
!A4