09.07.2023, 18:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2023, 18:34 przez Florence Bulstrode.)
Florence Bulstrode wpatrywała się w ścianę lasu takim wzrokiem, jakim obdarzała studentów Akademii Munga, którzy oblali egzamin. Niestety, zimne spojrzenie nie zadziałało na Knieję, ba, nie zadziałało na ani jedno drzewko: las stał jak stał, całkowicie obojętny na wzrok uzdrowicielki.
Która, po prawdzie, wcale nie próbowała zmusić spojrzeniem niebieskich oczu drzew do zwinięcia się ze wstydu, płaczu albo błagania o przebaczenie. Nie obchodziło jej, że las nie chciał się jej bać. Florence patrzyła na okolicę w ten sposób, bo po prostu nie lubiła leśnych spacerów. Mogła chadzać po parku, ale las, taki prawdziwy las, uparcie był pełen robaków, węży, gałęzi zahaczających o ubranie, pajęczyn, wplątujących się we włosy i korzeni, czających się na nieostrożnych. Ten konkretny las był też, z dużym prawdopodobieństwem – sądząc po tym, w jakim stanie trafiali do niej pacjenci – pełen potworów.
Wcale nie chciała tam wchodzić. Nie pomyślała o tym nawet, zbyt zajęta w namiotach medyków. Ale mijały kolejne godziny, ogarnęli wszystkich rannych przyniesionych z polany, a w końcu przestali napływać i ci z grup poszukiwawczych. Przybyli też uzdrowiciele z Munga, a tych co bardziej rannych przetransportowano. Miała nawet czas odpocząć i doprowadzić do porządku fryzurę oraz ubranie.
Z kolei ogromne, ogromne części Kniei nie zostały przeszukane. Niektórych dostarczano tutaj za późno – magia szwankowała, rannych niesiono na rękach albo transportowano czarami i docierali na polanę w gorszym stanie niż gdyby mogli, jeśli dotarłby do nich uzdrowiciel. Część uzdrowicieli leciała z nóg. Część się bała. Część odpadała ze względu na drobną budowę – a Florence, chociaż mało wysportowana, miała metr siedemdziesiąt wzrostu i nigdy się nie głodziła, na wolontariuszkę przy namiotach mogła więc patrzyć z góry, kiedy ta zastanawiała się, czy magomedyczka może wejść do lasu.
Wolałaby odpocząć albo dotrzymywać stanowiska Patrickowi. Lub pojechać do kowenu, gdzie miał trafić jej brat. Poczucie obowiązku jednak zwyciężyło.
W pewnym sensie ona także cierpiała na kompleks bohatera, nawet jeżeli nieco inny niż ten wielu Brygadzistów i aurorów. Nie umiała zostawić potencjalnie rannych, nie próbując im pomóc.
– Florence Bulstrode, uzdrowicielka – poinformowała rzeczowym głosem mężczyznę, którego jej podesłano jako partnera. Przelotnie zastanowiła się, czy uznano, że kobieta nie powinna iść do Kniei z drugą kobietą i stąd dostał się jej czarodziej. A potem, czy przypadkiem tego z kolei nikt nie uzna za niemoralne.
Nie to, by ją to specjalnie interesowało. Florence sama przywykła osądzać, co jest odpowiednie, a co nie, i zdanie innych nic jej nie interesowało. Mogły to być wpływy rodziny matki.
– Dotarcie do tej części lasu tutaj, gdzie nikt nie był, powinno zająć maksymalnie godzinę – podjęła, równie rzeczowo, wskazując na okoliczne drzewa. – Tyle mogę poświęcić. Nie więcej. Nie jestem sportowcem ani miłośniczką pieszych wycieczek, a po tym czasie chcę urządzić obchód rannych. Jeśli jest pan zainteresowany spędzeniem na przeszukiwaniach paru godzin i chciałby zapuścić się bardziej w głąb, będzie lepiej, jeśli poszuka pan innego partnera – uprzedziła lojalnie, zwracając na Samuela Carrowa badawcze spojrzenie jasnych oczu. Wolała postawić sprawę uczciwie: nie planowała, przynajmniej na razie, pchać się do samego serca tej głuszy.
Dopiero jeśli mężczyzna nie oświadczył, że życzy sobie wejść z kimś innym, ruszyła w las. Z różdżką w dłoni. Nieśpiesznie, z tą samą, kamienną miną, z jaką go przywitała. I bardzo starając się nie wejść w żadną pajęczynę ani nie wpaść w krzak kolczastych roślin, który mógłby sponiewierać jej ubrania, i tak jak na wyśrubowane gusta Florence nieco nadmiernie wymięte (choć to wymięcie ledwo było widać).
Która, po prawdzie, wcale nie próbowała zmusić spojrzeniem niebieskich oczu drzew do zwinięcia się ze wstydu, płaczu albo błagania o przebaczenie. Nie obchodziło jej, że las nie chciał się jej bać. Florence patrzyła na okolicę w ten sposób, bo po prostu nie lubiła leśnych spacerów. Mogła chadzać po parku, ale las, taki prawdziwy las, uparcie był pełen robaków, węży, gałęzi zahaczających o ubranie, pajęczyn, wplątujących się we włosy i korzeni, czających się na nieostrożnych. Ten konkretny las był też, z dużym prawdopodobieństwem – sądząc po tym, w jakim stanie trafiali do niej pacjenci – pełen potworów.
Wcale nie chciała tam wchodzić. Nie pomyślała o tym nawet, zbyt zajęta w namiotach medyków. Ale mijały kolejne godziny, ogarnęli wszystkich rannych przyniesionych z polany, a w końcu przestali napływać i ci z grup poszukiwawczych. Przybyli też uzdrowiciele z Munga, a tych co bardziej rannych przetransportowano. Miała nawet czas odpocząć i doprowadzić do porządku fryzurę oraz ubranie.
Z kolei ogromne, ogromne części Kniei nie zostały przeszukane. Niektórych dostarczano tutaj za późno – magia szwankowała, rannych niesiono na rękach albo transportowano czarami i docierali na polanę w gorszym stanie niż gdyby mogli, jeśli dotarłby do nich uzdrowiciel. Część uzdrowicieli leciała z nóg. Część się bała. Część odpadała ze względu na drobną budowę – a Florence, chociaż mało wysportowana, miała metr siedemdziesiąt wzrostu i nigdy się nie głodziła, na wolontariuszkę przy namiotach mogła więc patrzyć z góry, kiedy ta zastanawiała się, czy magomedyczka może wejść do lasu.
Wolałaby odpocząć albo dotrzymywać stanowiska Patrickowi. Lub pojechać do kowenu, gdzie miał trafić jej brat. Poczucie obowiązku jednak zwyciężyło.
W pewnym sensie ona także cierpiała na kompleks bohatera, nawet jeżeli nieco inny niż ten wielu Brygadzistów i aurorów. Nie umiała zostawić potencjalnie rannych, nie próbując im pomóc.
– Florence Bulstrode, uzdrowicielka – poinformowała rzeczowym głosem mężczyznę, którego jej podesłano jako partnera. Przelotnie zastanowiła się, czy uznano, że kobieta nie powinna iść do Kniei z drugą kobietą i stąd dostał się jej czarodziej. A potem, czy przypadkiem tego z kolei nikt nie uzna za niemoralne.
Nie to, by ją to specjalnie interesowało. Florence sama przywykła osądzać, co jest odpowiednie, a co nie, i zdanie innych nic jej nie interesowało. Mogły to być wpływy rodziny matki.
– Dotarcie do tej części lasu tutaj, gdzie nikt nie był, powinno zająć maksymalnie godzinę – podjęła, równie rzeczowo, wskazując na okoliczne drzewa. – Tyle mogę poświęcić. Nie więcej. Nie jestem sportowcem ani miłośniczką pieszych wycieczek, a po tym czasie chcę urządzić obchód rannych. Jeśli jest pan zainteresowany spędzeniem na przeszukiwaniach paru godzin i chciałby zapuścić się bardziej w głąb, będzie lepiej, jeśli poszuka pan innego partnera – uprzedziła lojalnie, zwracając na Samuela Carrowa badawcze spojrzenie jasnych oczu. Wolała postawić sprawę uczciwie: nie planowała, przynajmniej na razie, pchać się do samego serca tej głuszy.
Dopiero jeśli mężczyzna nie oświadczył, że życzy sobie wejść z kimś innym, ruszyła w las. Z różdżką w dłoni. Nieśpiesznie, z tą samą, kamienną miną, z jaką go przywitała. I bardzo starając się nie wejść w żadną pajęczynę ani nie wpaść w krzak kolczastych roślin, który mógłby sponiewierać jej ubrania, i tak jak na wyśrubowane gusta Florence nieco nadmiernie wymięte (choć to wymięcie ledwo było widać).