Martin obserwował uważnie komunikację między kotem, a czarodziejem. Interesowało go, w jaki sposób niewidomy uzyskiwał pomoc. Był pod wrażeniem jego całkiem płynnego poruszania się w lesie. A przecież podłoże było zdradliwe nawet dla posiadacza pary zdrowych oczu.
Bell nagle przestał dawać instrukcje, bo podążył za szyszką i Martin stracił go z oczu. Ale nie z uszu. Szybko pobiegł w stronę kota. Atak bestii wyglądał dość groźnie, ale nie wiedział, co zrobić. Dellian dotarł tuż obok niego nie zabijając się po drodze. Nawet był w stanie wytworzyć barierę, która osłoniła ich dwójkę przed niebezpiecznymi iskrami. Martin dołączył się do tego zaklęcia.
Potwór po chwili uciekł, więc Martin podbiegł do Bella, by obejrzeć jego ewentualne rany. Nie, żeby udało mu się coś z tym zrobić.
— Coś ci się stało?
Doglądając kota zwrócił uwagę na iskry, które wciąż ich otaczały, przeradzając się w coraz większe płomyki mnożące się na ściółce. Odwrócił się w kierunku niewidomego.
— Dellian, ściółka zajęła się ogniem, musimy to ugasić. Ogień rozprzestrzenia się wszędzie wokół nas.
Wyjął różdżkę i przywołał nią strumień wody. W tym zaklęciu był całkiem dobry, jako że często zaspokajał nią (iluzorycznie) pragnienie. Zaczął gasić las jak potężny strażak.
Rzut na wodę:
Akcja nieudana
Rzut na ścianę:
Sukces!