09.07.2023, 20:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2023, 20:16 przez Brenna Longbottom.)
Cień limbo zdawał się wdzierać między nich, tworząc niewidzialną granicę: oni, Zimni, i inni ludzie, bo zobaczyli rzeczy, których nie powinni oglądać śmiertelni. I może na tę myśl Brenna znów wyciągnęła rękę, by zamknąć palce na przedramieniu kuzynki.
Żadni śmierciożercy, żadne duchy, żadni martwi bogowie, nie oddzielą jej od rodziny. Granice wytyczali tylko oni sami. Sama je wytyczała, na swój sposób, rozumiała, jeśli zrobiłaby to Mavelle, ale miała zamiar to zaakceptować tylko, jeżeli Bones postanowi to zrobić, bo tego chce, a nie uzna, że musi.
- Jeżeli zginęła, była tylko jakąś strażniczką. Jeśli to była Matka Księżyca, bogini natury… to powróci. Jak księżyc, jak pory roku. Jak Voldemort miałby ją zabić? Bogowie nie giną w ten sposób – powiedziała twardo, tak twardo, jakby faktycznie tego była pewna, jak niczego na świecie. Chociaż nie była. Wcale nie była: nie była już niczego pewna, ale nie mogłaby być dla nikogo oparciem, jeżeli sama zaczęłaby się chwiać.
Cofnęła rękę dopiero, kiedy ojciec się do nich zbliżył. Jeremiah – zwany niekiedy przez krewnych Jeremym – przebiegł spojrzeniem po ich twarzach, jakby upewniał się, jak się czują.
– Ktoś uciekając widział na skraju polany naszą arenę – powiedział, a wyraz jego twarzy jasno pokazywał, że Longbottom był pewny, że stworzył ją Derwin. – Potem wygasła. Obawiam się, że… przegrał ten pojedynek – dokończył, powoli, jakby każde słowo przychodziło mu z trudnością. Ktoś obcy nie dostrzegłby niczego w jego spojrzeniu, a głos niby był opanowany, bo Jeremiah był twardym mężczyzną, który nie uznawał łez ani publicznego załamywania się, ale Brenna znała swojego ojca.
Miał powody, aby być tego pewnym.
– Ojciec poszedł do namiotu, gdzie wczoraj znoszono ciała. Części z nich nie dało się zidentyfikować od razu – podjął i umilkł. A Brenna postąpiła krok do przodu i zarzuciła mu po prostu ręce na szyję, mocno do siebie przyciągając.
Dla niego, ostatecznie, to było znacznie trudniejsze niż dla niej. To on z nim dorastał, przez niemal całe życie mieszkał w jednym domu, pracował w jednym Departamencie. Łączyły ich nici znacznie mocniejsze niż te, które łączyły z Derwinem Brennę. Nie chciała nawet myśleć, jak czułaby się, gdyby straciła Mavelle, Danielle albo, o bogowie, Erika. Nie chciała przypominać sobie tego momentu, w którym gnała przez polanę do, jak sądziła przez ułamek sekundy, trupa.
Jeremiah uścisnął ją, krótko, ale mocno, po czym wypuścił córkę z objęć.
– Ja i ojciec jeszcze tutaj zostaniemy – powiedział ze zmęczeniem. – Ale to już właściwie pewne, że on nie żyje. Myślę, że powinnyście wrócić do domu i powiedzieć o wszystkim Lucy i Danielle. O ile już nie wiedzą. Chyba, że wolicie, żebym porozmawiał z nimi ja.
Żadni śmierciożercy, żadne duchy, żadni martwi bogowie, nie oddzielą jej od rodziny. Granice wytyczali tylko oni sami. Sama je wytyczała, na swój sposób, rozumiała, jeśli zrobiłaby to Mavelle, ale miała zamiar to zaakceptować tylko, jeżeli Bones postanowi to zrobić, bo tego chce, a nie uzna, że musi.
- Jeżeli zginęła, była tylko jakąś strażniczką. Jeśli to była Matka Księżyca, bogini natury… to powróci. Jak księżyc, jak pory roku. Jak Voldemort miałby ją zabić? Bogowie nie giną w ten sposób – powiedziała twardo, tak twardo, jakby faktycznie tego była pewna, jak niczego na świecie. Chociaż nie była. Wcale nie była: nie była już niczego pewna, ale nie mogłaby być dla nikogo oparciem, jeżeli sama zaczęłaby się chwiać.
Cofnęła rękę dopiero, kiedy ojciec się do nich zbliżył. Jeremiah – zwany niekiedy przez krewnych Jeremym – przebiegł spojrzeniem po ich twarzach, jakby upewniał się, jak się czują.
– Ktoś uciekając widział na skraju polany naszą arenę – powiedział, a wyraz jego twarzy jasno pokazywał, że Longbottom był pewny, że stworzył ją Derwin. – Potem wygasła. Obawiam się, że… przegrał ten pojedynek – dokończył, powoli, jakby każde słowo przychodziło mu z trudnością. Ktoś obcy nie dostrzegłby niczego w jego spojrzeniu, a głos niby był opanowany, bo Jeremiah był twardym mężczyzną, który nie uznawał łez ani publicznego załamywania się, ale Brenna znała swojego ojca.
Miał powody, aby być tego pewnym.
– Ojciec poszedł do namiotu, gdzie wczoraj znoszono ciała. Części z nich nie dało się zidentyfikować od razu – podjął i umilkł. A Brenna postąpiła krok do przodu i zarzuciła mu po prostu ręce na szyję, mocno do siebie przyciągając.
Dla niego, ostatecznie, to było znacznie trudniejsze niż dla niej. To on z nim dorastał, przez niemal całe życie mieszkał w jednym domu, pracował w jednym Departamencie. Łączyły ich nici znacznie mocniejsze niż te, które łączyły z Derwinem Brennę. Nie chciała nawet myśleć, jak czułaby się, gdyby straciła Mavelle, Danielle albo, o bogowie, Erika. Nie chciała przypominać sobie tego momentu, w którym gnała przez polanę do, jak sądziła przez ułamek sekundy, trupa.
Jeremiah uścisnął ją, krótko, ale mocno, po czym wypuścił córkę z objęć.
– Ja i ojciec jeszcze tutaj zostaniemy – powiedział ze zmęczeniem. – Ale to już właściwie pewne, że on nie żyje. Myślę, że powinnyście wrócić do domu i powiedzieć o wszystkim Lucy i Danielle. O ile już nie wiedzą. Chyba, że wolicie, żebym porozmawiał z nimi ja.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.