09.07.2023, 20:20 ✶
Prawie zginęła. On też prawie zginął – ale tu już nie miała wiedzy, co dokładnie go spotkało. Nie znała tej ścieżki, z którą musiał zmierzyć się on, choć gdy tak kręciła się przy namiotach… tak, tego jednego była pewna: przeżył. Ledwo, ale przeżył.
Tyle że tym już nie podzieliła się już z Ulyssesem – za bardzo by zawęziła grono podejrzanych w kwestii jej miłości. A na to pozwolić już sobie nie mogła, przez wzgląd na samego Patricka jak i, oczywiście, własne bezpieczeństwo.
- Miała zatem sporo szczęścia – stwierdziła cicho i odetchnęła. Nie to, co ta kobieta, z którą parę chwil później wracali. Ona nie miała tego szczęścia, tylko cholernego pecha, który rozciągnął się dalej, zagarniając jej rodzinę. Była matką, może żoną, siostrą, córką, wnuczką. Jedno życie stracone, a osobistych tragedii – znacznie więcej.
I jeszcze to, zaginął ojciec tej dziewczyny. Spojrzała uważniej na Rookwooda, zastanawiając się nad czymś. Liczył, że go odnajdzie? Sama tak by zrobiła, będąc na jego miejscu – szukałaby drogiej osoby dla Patricka, w nadziei, że uda się zdjąć ukochanemu ciężar z barków.
Przez całą drogę powrotną nie mówiła już nic, bo i co miała mówić? Mimo najszczerszych chęci, nie potrafiła z siebie wykrzesać iskry tej cholernej Carrow, która chyba jednak by mieliła i mieliła ozorem, przyprawiając Ulyssesa o uschnięcie uszu. Chyba. A może jednak źle ją oceniała i w obliczu takiej śmierci jednak ta ruda zołza zamknęłaby swe usta…?
Cóż, miała przed sobą dwa rozwiązania i ostatecznie obydwa okazywały się być na dłuższą metę złe, przynajmniej w oczach Clare. Dokonała wyboru, by uszanować tę śmierć i już się tego trzymała.
- Wracamy – stwierdziła krótko, odwracając się na pięcie, gdy już przekazali ciało kobiety dalej. Swoje w tej kwestii zrobili, musieli teraz wrócić do kniei i szukać dalej.
Może znajdą ojca tej dziewczyny.
A może kogoś innego.
… lub coś, co kryło się w tych ostępach i nie było przyjazne żadną miarą.
!B4
Tyle że tym już nie podzieliła się już z Ulyssesem – za bardzo by zawęziła grono podejrzanych w kwestii jej miłości. A na to pozwolić już sobie nie mogła, przez wzgląd na samego Patricka jak i, oczywiście, własne bezpieczeństwo.
- Miała zatem sporo szczęścia – stwierdziła cicho i odetchnęła. Nie to, co ta kobieta, z którą parę chwil później wracali. Ona nie miała tego szczęścia, tylko cholernego pecha, który rozciągnął się dalej, zagarniając jej rodzinę. Była matką, może żoną, siostrą, córką, wnuczką. Jedno życie stracone, a osobistych tragedii – znacznie więcej.
I jeszcze to, zaginął ojciec tej dziewczyny. Spojrzała uważniej na Rookwooda, zastanawiając się nad czymś. Liczył, że go odnajdzie? Sama tak by zrobiła, będąc na jego miejscu – szukałaby drogiej osoby dla Patricka, w nadziei, że uda się zdjąć ukochanemu ciężar z barków.
Przez całą drogę powrotną nie mówiła już nic, bo i co miała mówić? Mimo najszczerszych chęci, nie potrafiła z siebie wykrzesać iskry tej cholernej Carrow, która chyba jednak by mieliła i mieliła ozorem, przyprawiając Ulyssesa o uschnięcie uszu. Chyba. A może jednak źle ją oceniała i w obliczu takiej śmierci jednak ta ruda zołza zamknęłaby swe usta…?
Cóż, miała przed sobą dwa rozwiązania i ostatecznie obydwa okazywały się być na dłuższą metę złe, przynajmniej w oczach Clare. Dokonała wyboru, by uszanować tę śmierć i już się tego trzymała.
- Wracamy – stwierdziła krótko, odwracając się na pięcie, gdy już przekazali ciało kobiety dalej. Swoje w tej kwestii zrobili, musieli teraz wrócić do kniei i szukać dalej.
Może znajdą ojca tej dziewczyny.
A może kogoś innego.
… lub coś, co kryło się w tych ostępach i nie było przyjazne żadną miarą.
!B4