@Brenna Longbottom
@Theseus Fletcher
Już od wczesnego popołudnia Erik nie mógł wyzbyć się wrażenia, że czas zaczął im się przesypywać przez palce w najmniej odpowiednim momencie. Wprawdzie wprowadzanie ostatnich poprawek i przygotowywanie odpowiednich pomieszczeń do użytku gości szło w całkiem przyzwoitym tempie, tak mężczyzna wszędzie dostrzegał niedociągnięcia. Mając jednak wciąż w pamięci konfrontację z Norą w przeddzień otwarcia klubokawiarni, trzymał gębę na kłódkę, rozglądając się po prostu po kątach, łudząc się, że wszystko pójdzie po ich myśli.
Uspokój się, dopingował samego siebie, poprawiając ozdoby przy jednym ze stołów, sprawdzając przy okazji, czy aby na pewno rozłożono wszędzie odpowiednie ilości tytoniu. Z trudem powstrzymał się przed wyjściem na papierosa w tajemnicy przed resztą gospodarzy. Zaczynało go to nieco przytłaczać. Czemu nie mogli zaplanować tego z większym wyprzedzeniem? Sześć, osiem miesięcy i na pewno mieliby wszystko ogarnięte na tip top.
Po raz dziesiąty w ciągu ostatnich pięciu minut poprawił poły ciemnej marynarki od garnituru. Kątem oka zerknął na Brennę, która witała kolejnych gości. Tak jak zazwyczaj to ona doszukiwała się wszędzie zwiastunów wielkiej katastrofy, tak tego wieczora najwidoczniej wymienili się rolami. Przynajmniej na jakiś czas. Uwagę Erika przykuł jeden z obrazów, który został zawieszony na ścianie. Zmrużył oczy, gdyż przez moment miał wrażenie, że ten był za bardzo przechylony o milimetr lub dwa na lewą stroną. Pokręcił głową, nie chcąc dodawać sobie zmartwień.
Z burzy negatywnych rozmyślań wyrwał go dopiero znajomy głos. Głos należący do kogoś, kto najwidoczniej nie potrafił ukryć swojej nadzwyczaj emocjonalnej reakcji na odmieniony wygląd swojego najlepszego przyjaciela. W sumie nie był tym zbytnio zdziwiony. Sam był w ciężkim szoku, że pod namową innych członków rodziny dał się wysłać do łazienki z brzytwą, aby „doprowadzić się do porządku”. Erik gwałtownie zmienił kierunek, w którym podążał i skierował swe kroki do Nory i swojej siostry.
— Szczerze mówiąc, nie wiem, czy jest to przekleństwo, czy błogosławieństwo — odparł z niemrawą miną, dotykając dłonią ogolonego policzka. Zdążył się już tak przyzwyczaić do obecności kilkudniowego zarostu na twarzy, że teraz miał wrażenie, jakby ten drobny zabieg pielęgnacyjny zwrócił mu dziesięć lat życia pod względem aparycji. — Jeśli uniknę blasku fleszy, to uznam, że było warto. W przeciwnym razie...
Pokręcił głową. Wolał nie spędzić wieczoru, musząc wysłuchiwać od każdej osoby komentarzy na temat tego, jak bardzo się zmienił i co takiego zrobił, że wygląda inaczej niż na co dzień. Z drugiej strony, jeśli dzięki temu miał mieć zapewnione, chociaż odrobinę więcej prywatności podczas tego wydarzenia, to mógł się przemęczyć. W najgorszym przypadku odrośnie za parę dni, pomyślał, wykrzesując z siebie lekki uśmiech.
— Oczywiście, dziękuje za komplement. Ty również wyglądasz uroczo. — Skłonił się elegancko przed panną Figg, taksując wzrokiem jej sukienkę. — Na pewno zrobisz furorę na parkiecie.
Po chwili do ich kameralnego grona dołączyła kolejna postać, w jaką wcielił się nikt inny jak Theseus. Erik uścisnął mu dłoń na powitanie, pozdrawiając przy okazji.
— Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić — powiedział. Nie musiał nawet patrzeć na Brennę, aby wiedzieć, że oczekuje się od niego czegoś więcej niż odgrywanie roli ładnego posągu. Musiał zachowywać się jak gospodarz, a przynajmniej jak jeden z wielu z nich.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞