09.07.2023, 21:44 ✶
- Cykl nie ma ani początku, ani końca, skarbie – przypomniała Brenna. I chciała to wierzyć. Ze wszystkich sił, z całej duszy. Ale jeszcze bardziej chciała, aby uwierzyła w to Mavelle, bo czuła, że kuzynka potrzebuje tego dużo bardziej od niej. – Czy nie przekraczamy jej ciągle? Ile duchów zostaje po naszej stronie? Są czarodzieje, którzy sięgają za zasłonę, żeby tu ich przywołać. Podobno niektórzy z nich nawet potrafią spoglądać w Limbo. Do licha, nawet ja w pewien sposób sięgam poza tę granicę.
Cienie tego, co było, wspomnienia umarłych, towarzyszyły jej już wtedy, kiedy była małą dziewczynką. I może dlatego starała się cieszyć życiem i robić tysiąc rzeczy na raz. Bo zawsze miała poczucie, że czuje na karku oddechy tych, którzy odeszli. Że kroczy dawno wytyczoną drogą, jaką przeszedł chłopiec, którego poznała, choć on nigdy nie poznał jej.
Ale nie mówiła już nic więcej – o nic nie pytała – bo gdy pojawił się jej ojciec, na moment limbo zeszło na dalszy plan…
A może wręcz przeciwnie. Wydało się nagle tak… całkiem ostateczne.
Dziadek.
Brenna odetchnęła. Jak wiele miał jeszcze znieść ten człowiek? Stracił już kiedyś brata, żonę, potem córkę, a teraz…
– Jesteś pewny, że nie wolisz, żebym została z tobą i dziadkiem? – zapytała cicho. Jeremiah pokręcił głową.
– Nic nam nie będzie. Dołączę do niego. Zajmijcie się Danielle i Lucy. Nie powinny dowiedzieć się od kogoś obcego.
Brenna skinęła głową, dość mechanicznym gestem, chociaż to „nic nam nie będzie” było przecież kłamstwem, całkiem podobnym do wielu kłamstw, które sama wypowiadała. W tej chwili czuła w środku pustkę. Jeszcze chyba nie w pełni zdołała zrozumieć, co tak naprawdę to wszystko oznacza.
– Przeszukiwanie lasu…
– Większość Kniei już przeszukano. A wy, moje drogie, wyglądacie obie tak, jakbyście zaraz miały wyzionąć ducha – oświadczył Jeremiah dość sucho, po czym w jego głos wkradły się rozkazujące nuty. – Idźcie do kuzynek, a potem wypocznijcie. I przez wypocznijcie rozumiem: porządnie, a nie poderwijcie się po czterech godzinach snu, żeby wrócić do lasu.
Brenna stała w bezruchu, patrząc, jak jej ojciec odchodzi, kierując się w ślad za dziadkiem.
I tak bardzo, z całych sił, pragnęła…
…móc coś zmienić.
Cofnąć czas. Nie pozwolić wujowi iść na tę polanę. Rzucić się w ogień od razu, ledwie rozbłysnął. Powstrzymywać innych przed wejściem na Beltane, mówić, że Voldemort coś planuje. Zrobić wszystko, wszystko inaczej. Naprawić błędy, jakie popełniła. I myśl o tym, że nie może, że to wszystko przekracza jej możliwości… napełniała Brennę goryczą. Ta gorycz nie była jej obca, poznała jej smak w ciągu ostatnich dwóch lat, ale teraz wręcz zalewała duszę.
– Chodźmy – powiedziała w końcu do Mavelle, chwytając jej dłoń, jak robiła to tysiące razy, nie bacząc na to, że teraz promieniowała chłodem. I pociągnęła ją ku ścieżce, wiodącej do Doliny Godryka.
Cienie tego, co było, wspomnienia umarłych, towarzyszyły jej już wtedy, kiedy była małą dziewczynką. I może dlatego starała się cieszyć życiem i robić tysiąc rzeczy na raz. Bo zawsze miała poczucie, że czuje na karku oddechy tych, którzy odeszli. Że kroczy dawno wytyczoną drogą, jaką przeszedł chłopiec, którego poznała, choć on nigdy nie poznał jej.
Ale nie mówiła już nic więcej – o nic nie pytała – bo gdy pojawił się jej ojciec, na moment limbo zeszło na dalszy plan…
A może wręcz przeciwnie. Wydało się nagle tak… całkiem ostateczne.
Dziadek.
Brenna odetchnęła. Jak wiele miał jeszcze znieść ten człowiek? Stracił już kiedyś brata, żonę, potem córkę, a teraz…
– Jesteś pewny, że nie wolisz, żebym została z tobą i dziadkiem? – zapytała cicho. Jeremiah pokręcił głową.
– Nic nam nie będzie. Dołączę do niego. Zajmijcie się Danielle i Lucy. Nie powinny dowiedzieć się od kogoś obcego.
Brenna skinęła głową, dość mechanicznym gestem, chociaż to „nic nam nie będzie” było przecież kłamstwem, całkiem podobnym do wielu kłamstw, które sama wypowiadała. W tej chwili czuła w środku pustkę. Jeszcze chyba nie w pełni zdołała zrozumieć, co tak naprawdę to wszystko oznacza.
– Przeszukiwanie lasu…
– Większość Kniei już przeszukano. A wy, moje drogie, wyglądacie obie tak, jakbyście zaraz miały wyzionąć ducha – oświadczył Jeremiah dość sucho, po czym w jego głos wkradły się rozkazujące nuty. – Idźcie do kuzynek, a potem wypocznijcie. I przez wypocznijcie rozumiem: porządnie, a nie poderwijcie się po czterech godzinach snu, żeby wrócić do lasu.
Brenna stała w bezruchu, patrząc, jak jej ojciec odchodzi, kierując się w ślad za dziadkiem.
I tak bardzo, z całych sił, pragnęła…
…móc coś zmienić.
Cofnąć czas. Nie pozwolić wujowi iść na tę polanę. Rzucić się w ogień od razu, ledwie rozbłysnął. Powstrzymywać innych przed wejściem na Beltane, mówić, że Voldemort coś planuje. Zrobić wszystko, wszystko inaczej. Naprawić błędy, jakie popełniła. I myśl o tym, że nie może, że to wszystko przekracza jej możliwości… napełniała Brennę goryczą. Ta gorycz nie była jej obca, poznała jej smak w ciągu ostatnich dwóch lat, ale teraz wręcz zalewała duszę.
– Chodźmy – powiedziała w końcu do Mavelle, chwytając jej dłoń, jak robiła to tysiące razy, nie bacząc na to, że teraz promieniowała chłodem. I pociągnęła ją ku ścieżce, wiodącej do Doliny Godryka.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.