Bell najwyraźniej miał mentalność dresiarza, ale to nie poruszyło Martina. Kot przypominał trochę jego zmarłego brata. Ten też lubił się wyżywać na młodszym Crouchu w dokładnie ten sam sposób. Dlatego w pewnym momencie Martin mu uwierzył, że jego problemy są niczym. Że sam jest niczym.
Po ewidentnym pechu spotkało ich szczęście. Pył wróżki ulżył im w cierpieniu. Mogli z odświeżonymi siłami ruszać dalej.
Martin nie zdążył się napatrzeć na piękną istotę. Została złapana przez Bella i zniknęła. Cóż za przykry kot.
Pytanie Delliana skłoniłoby czarodzieja do poważnych rozmyślań... w normalnych okolicznościach. Teraz postanowił mu posłać tylko krótką odpowiedź.
— Opuściłem festiwal nim to wszystko się zaczęło... Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja. Dlatego tu jestem.
A może liczył na to, że spotka tu Daisy? Jako dziennikarka na pewno prędzej, czy później by się tu pojawiła. A może pojawią się tu tylko wyznaczeni pracownicy gazet? Któż to wie.
— Tak, owszem — odpowiedział na drugie pytanie Delliana. — Mam nadzieję, że... wasi również.
Na moment zawahał się, gdyż sam zwrócił się do chłopaka po imieniu, a ten wciąż używał formy grzecznościowej. Dlatego postanowił zawrzeć również Bella.
Drużyna połamańców ruszyła dalej, po kolejne przygody.
!D5