03.11.2022, 23:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2022, 23:25 przez Eden Lestrange.)
Uniosła ciemne oczy, w których zawirowało coś, co nie było zwyczajną iskrą.
Był enigmą. Z każdym dniem poznawała go coraz mniej, stawał się obcy, a jednak wciąż zdawał się zupełnie znajomy. Nie mogła powiedzieć, czy jego teraźniejsza natura była czymś, co drzemało w nim od zawsze, czy raczej stał się taki, bo wywarła na nim zgubny wpływ. W końcu z kim się zadajesz, takim się stajesz; co jeśli William nabrał najgorszej możliwej odmiany pewności siebie, tej podsycanej żądzą zemsty, bo obecność Eden w jego życiu go zmieniła? Obserwowała ten sam proces w przypadku swojego brata, lecz jego znała od kołyski i wiedziała, że nigdy nie miał w sobie tego pierwotnego zła. Nie mogła tego samego powiedzieć o swoim mężu. Mogła się tylko domyślać, bo od pewnego czasu nie stać ich już było na ten rodzaj szczerości.
Poczuła, że powietrze w popłochu uciekło z jej piersi, gdy tylko kolejne słowa mężczyzny wystrzeliły ku niej. Zmroczyło ją, poczuła się słabo; tak słabo, jak czuje się człowiek, który wejdzie do cuchnącego miejsca i zrobi mu się niedobrze od zapachu. Przymknęła na moment powieki, kurczowo zacisnęła palce na uchwycie filiżanki, czując pod opuszkami każde zdobienie, każdy niewielki mankament. Nie mogła strawić, że tak okrutne słowa mogły opuścić jego usta, coś ciskało jej żołądkiem o żebra, czuła, jak nim wywraca. Wzięła głęboki oddech, jeszcze mocniej ściskając filiżankę, wiedząc, że niewiele więcej siły brakuje, by rozpadła się w drobny mak.
Wielu rzeczy się po nim spodziewała, ale w najśmielszych snach nie przewidziała, że obróci śmierć członka jej rodziny w coś tak podłego. Nie była z bratową blisko, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia; rodzinę traktowała niczym świętość. Cokolwiek, co naruszało to sacrum, musiało zostać wyeliminowane. Eden czuła, jak zalewa ją krew; krew, którą odziedziczyła od swojego ojca i matki. Mogła przysiąc, że w tym momencie była czarniejsza niż ta, którą William odziedziczył po swojej.
- Nie wiem, co cię powstrzymuje - zaczęła, nie otwierając oczu. - W przeciwieństwie do niej, nie masz dzieci, które mógłbyś osierocić. -
Choć z pozorów wypowiedziała swe słowa spokojnie, roztoczyła nimi mrożące zimno, chłód, który docierał aż do szpiku kości. Eden zwykle była cicha w swoim szale, niezwykle metodyczna. Trzymała się więc nawyków resztkami świadomości, wbijając pazury w strzępki siebie. Niczym więcej teraz nie była, jedynie widmem swojej osoby sprzed lat kilku, kiedy twarz męża nie wzbudzała uczucia nieposkromionej nienawiści, a nadzieję na lepsze jutro. Stare nawyki, które nie chciały umrzeć, były jednocześnie ratunkiem i zgubą dla tego małżeństwa. Bez nich nie wiedziałaby, co ze sobą począć.
Kim właściwie dla niego była? Rajem obiecanym czy rajem utraconym? A może pełnym pychy do tego stopnia, że dzisiaj pękał w szwach?
Rozumiała, że mówił stop temu, co między nimi się dzieje, ale nie przyjmowała tego do wiadomości. Zgadzała się z nim, ale sposób, w jaki oświadczał swoją wolę, przypominał jej edykt króla nad głową straceńca, który niebawem nie będzie miał już za wiele do powiedzenia. Nie wiedziała, co rozwścieczało ją w tym momencie bardziej - jego ton, czy odebranie jej wolności wyboru? Utrata kontroli nad sytuacją czy nad sobą? Jego słowa czy jego obecność?
- Nic cię nie interesuje - zaczęła, uchylając oczy, lecz wciąż nie patrząc na niego. Swoją pełną uwagę skupiła na filiżance, której przez cały ten czas nie puściła ani na moment. - Cudza opinia, moja opinia, moja rodzina, moje uczucia. Nic, co jest dla mnie istotne, nie ma dla ciebie znaczenia. - Każde kolejne słowo zdawała się wypowiadać coraz szybciej i coraz głośniej. Ze spokojnego szeptu stopniowo przechodziła w nerwową wyliczankę, za którą na początku jeszcze nadążały niespokojne ruchy jej palców, lecz w końcu i one nie dały rady. - Czy to dlatego, że jestem w twoich oczach taka idealna, ignorowałeś mnie, moje potrzeby, moją obecność, moje słowa? Czy robiłeś to wszystko przez ostatnie lata, by dać mi nauczkę? By uczynić mnie nieco mniej nieskalaną, nieco bardziej ludzką? - Ciągle przyspieszała, podnosiła histerycznie głos, który łamał się, im dalej ciągnęła wywód. Była na granicy krzyku, na granicy wytrzymałości. I ciągle zmęczona, tak nieludzko, nieziemsko zmęczona.
W końcu zerwała się ostatkiem sił na równe nogi i cisnęła prosto w niego pustą już filiżanką, której tak kurczowo trzymała się całą tę rozmowę.
- Prawda jest taka, William, że gdyby nie moje imię, mój problem i mój ojciec, to byś nigdy w życiu na mnie nie spojrzał! - Porcelana ominęła głowę mężczyzny, rozbijając się z hukiem o kant komody stojącej tuż za nim. Eden dyszała niespokojnie, wyrzuciła z siebie w końcu to, co męczyło ją od dawna, a przynajmniej od momentu, kiedy przestał sypiać z nią w jednym łóżku, kiedy stał się dla niej tylko wspomnieniem. Cały ten czas dawała mu znaki, bo nie umiała prosić, nie była w stanie powiedzieć wprost, czego potrzebuje. On był ślepy na to wszystko, przekonany o wrodzonej złośliwości Eden, zepsuciu do cna, tak jak wszyscy inni. Miała dość, serdecznie dość.
- Skoro taka jest twoja wola, to wypisuj się z tego teatrzyku - zezwoliła, machając bezradnie rękoma. Poczuła, jak coś ciepłego spływa po jej policzkach, jak coraz ciężej oddychać jej przez nos, lecz zignorowała to, nie mając nigdy wcześniej do czynienia z takim wrażeniem. - Wbrew pozorom ja też mam dosyć udawania, że wcale nie jest mi przykro. -
Po tym wyznaniu poczuła, jak krew odpływa z całego jej ciała. Opadła ponownie na krzesło, tym razem bezsilnie, ciągnięta przez grawitację. Od nadmiaru wrażeń i przemęczenia świat zaczął wirować przed oczyma, stał się niewyraźny. Przetarła je palcami, które z niewyjaśnionych przyczyn stały się mokre. Spojrzała na swoje dłonie, teraz brudne od rozpływającego się makijażu i nieprzyjemnie mokre od łez.
Nim dotarło do niej, że płakała po raz pierwszy w swoim życiu z powodu Williama, ubrudzoną miała już większą część sukienki.
Był enigmą. Z każdym dniem poznawała go coraz mniej, stawał się obcy, a jednak wciąż zdawał się zupełnie znajomy. Nie mogła powiedzieć, czy jego teraźniejsza natura była czymś, co drzemało w nim od zawsze, czy raczej stał się taki, bo wywarła na nim zgubny wpływ. W końcu z kim się zadajesz, takim się stajesz; co jeśli William nabrał najgorszej możliwej odmiany pewności siebie, tej podsycanej żądzą zemsty, bo obecność Eden w jego życiu go zmieniła? Obserwowała ten sam proces w przypadku swojego brata, lecz jego znała od kołyski i wiedziała, że nigdy nie miał w sobie tego pierwotnego zła. Nie mogła tego samego powiedzieć o swoim mężu. Mogła się tylko domyślać, bo od pewnego czasu nie stać ich już było na ten rodzaj szczerości.
Poczuła, że powietrze w popłochu uciekło z jej piersi, gdy tylko kolejne słowa mężczyzny wystrzeliły ku niej. Zmroczyło ją, poczuła się słabo; tak słabo, jak czuje się człowiek, który wejdzie do cuchnącego miejsca i zrobi mu się niedobrze od zapachu. Przymknęła na moment powieki, kurczowo zacisnęła palce na uchwycie filiżanki, czując pod opuszkami każde zdobienie, każdy niewielki mankament. Nie mogła strawić, że tak okrutne słowa mogły opuścić jego usta, coś ciskało jej żołądkiem o żebra, czuła, jak nim wywraca. Wzięła głęboki oddech, jeszcze mocniej ściskając filiżankę, wiedząc, że niewiele więcej siły brakuje, by rozpadła się w drobny mak.
Wielu rzeczy się po nim spodziewała, ale w najśmielszych snach nie przewidziała, że obróci śmierć członka jej rodziny w coś tak podłego. Nie była z bratową blisko, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia; rodzinę traktowała niczym świętość. Cokolwiek, co naruszało to sacrum, musiało zostać wyeliminowane. Eden czuła, jak zalewa ją krew; krew, którą odziedziczyła od swojego ojca i matki. Mogła przysiąc, że w tym momencie była czarniejsza niż ta, którą William odziedziczył po swojej.
- Nie wiem, co cię powstrzymuje - zaczęła, nie otwierając oczu. - W przeciwieństwie do niej, nie masz dzieci, które mógłbyś osierocić. -
Choć z pozorów wypowiedziała swe słowa spokojnie, roztoczyła nimi mrożące zimno, chłód, który docierał aż do szpiku kości. Eden zwykle była cicha w swoim szale, niezwykle metodyczna. Trzymała się więc nawyków resztkami świadomości, wbijając pazury w strzępki siebie. Niczym więcej teraz nie była, jedynie widmem swojej osoby sprzed lat kilku, kiedy twarz męża nie wzbudzała uczucia nieposkromionej nienawiści, a nadzieję na lepsze jutro. Stare nawyki, które nie chciały umrzeć, były jednocześnie ratunkiem i zgubą dla tego małżeństwa. Bez nich nie wiedziałaby, co ze sobą począć.
Kim właściwie dla niego była? Rajem obiecanym czy rajem utraconym? A może pełnym pychy do tego stopnia, że dzisiaj pękał w szwach?
Rozumiała, że mówił stop temu, co między nimi się dzieje, ale nie przyjmowała tego do wiadomości. Zgadzała się z nim, ale sposób, w jaki oświadczał swoją wolę, przypominał jej edykt króla nad głową straceńca, który niebawem nie będzie miał już za wiele do powiedzenia. Nie wiedziała, co rozwścieczało ją w tym momencie bardziej - jego ton, czy odebranie jej wolności wyboru? Utrata kontroli nad sytuacją czy nad sobą? Jego słowa czy jego obecność?
- Nic cię nie interesuje - zaczęła, uchylając oczy, lecz wciąż nie patrząc na niego. Swoją pełną uwagę skupiła na filiżance, której przez cały ten czas nie puściła ani na moment. - Cudza opinia, moja opinia, moja rodzina, moje uczucia. Nic, co jest dla mnie istotne, nie ma dla ciebie znaczenia. - Każde kolejne słowo zdawała się wypowiadać coraz szybciej i coraz głośniej. Ze spokojnego szeptu stopniowo przechodziła w nerwową wyliczankę, za którą na początku jeszcze nadążały niespokojne ruchy jej palców, lecz w końcu i one nie dały rady. - Czy to dlatego, że jestem w twoich oczach taka idealna, ignorowałeś mnie, moje potrzeby, moją obecność, moje słowa? Czy robiłeś to wszystko przez ostatnie lata, by dać mi nauczkę? By uczynić mnie nieco mniej nieskalaną, nieco bardziej ludzką? - Ciągle przyspieszała, podnosiła histerycznie głos, który łamał się, im dalej ciągnęła wywód. Była na granicy krzyku, na granicy wytrzymałości. I ciągle zmęczona, tak nieludzko, nieziemsko zmęczona.
W końcu zerwała się ostatkiem sił na równe nogi i cisnęła prosto w niego pustą już filiżanką, której tak kurczowo trzymała się całą tę rozmowę.
- Prawda jest taka, William, że gdyby nie moje imię, mój problem i mój ojciec, to byś nigdy w życiu na mnie nie spojrzał! - Porcelana ominęła głowę mężczyzny, rozbijając się z hukiem o kant komody stojącej tuż za nim. Eden dyszała niespokojnie, wyrzuciła z siebie w końcu to, co męczyło ją od dawna, a przynajmniej od momentu, kiedy przestał sypiać z nią w jednym łóżku, kiedy stał się dla niej tylko wspomnieniem. Cały ten czas dawała mu znaki, bo nie umiała prosić, nie była w stanie powiedzieć wprost, czego potrzebuje. On był ślepy na to wszystko, przekonany o wrodzonej złośliwości Eden, zepsuciu do cna, tak jak wszyscy inni. Miała dość, serdecznie dość.
- Skoro taka jest twoja wola, to wypisuj się z tego teatrzyku - zezwoliła, machając bezradnie rękoma. Poczuła, jak coś ciepłego spływa po jej policzkach, jak coraz ciężej oddychać jej przez nos, lecz zignorowała to, nie mając nigdy wcześniej do czynienia z takim wrażeniem. - Wbrew pozorom ja też mam dosyć udawania, że wcale nie jest mi przykro. -
Po tym wyznaniu poczuła, jak krew odpływa z całego jej ciała. Opadła ponownie na krzesło, tym razem bezsilnie, ciągnięta przez grawitację. Od nadmiaru wrażeń i przemęczenia świat zaczął wirować przed oczyma, stał się niewyraźny. Przetarła je palcami, które z niewyjaśnionych przyczyn stały się mokre. Spojrzała na swoje dłonie, teraz brudne od rozpływającego się makijażu i nieprzyjemnie mokre od łez.
Nim dotarło do niej, że płakała po raz pierwszy w swoim życiu z powodu Williama, ubrudzoną miała już większą część sukienki.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~