10.07.2023, 09:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2023, 20:26 przez Brenna Longbottom.)
- Mogę spróbować, kiedy… Po prostu niedługo – mruknęła, urywając na moment, bo jakie „kiedy” miała na myśli? Kiedy już przekażą najgorszą informację? Kiedy Danielle uzna, że chce zostać sama? Kiedy Alastor wyjdzie z pokoju siostry? Sama nie wiedziała.
Spojrzała na Mavelle, wychodzącą z sali szpitalnej. Nie powiedziała niczego, nijak nie skomentowała wyboru, jaki być może ta dokonała. (Jakiego – Brenna też nie wiedziała. Chociaż była świadoma, że Bones kiedyś spotykała się z Alastorem, nie podejrzewała jeszcze tego, jak bardzo Beltane wpłynęło na nich wszystkich. Własne zmartwienie o partnera z patrolu traktowała w tej chwili jako coś naturalnego, bo przecież martwiłaby się o wszystkich w takiej sytuacji. I nie widziała tych nici, które Danielle ujrzała między Eden a Moodym.)
Kiwnęła głową, na propozycję przejścia do gabinetu Danielle. Ruszyła w ślad za nią, mijając dziesiątki ludzi. Wielu z nich odwiedzało tu krewnych. Wielu ich szukało. I część z nich przychodziło tutaj po te najgorsze wieści. Brenna nie mogła nie myśleć o duchu dziecka z lasu. Nie zastanawiać się, czy matka nie szuka tutaj Jimmyego.
Przekazywała już podobne informacje. Wiele razy. Zbyt wiele. Zwłaszcza w ostatnich latach. Tylko w ciągu ostatnich tygodni musiała pukać do drzwi, jednych, drugich, trzecich, dziesiątych i piętnastych. Ofiary czarnoksiężnika z mokradeł. Ofiary czarnoksiężnika z Lasu Wisielców.
Ale nigdy, nigdy nie stawało się to łatwiejsze, a teraz?
Teraz chodziło o Danielle i człowieka, z którym mieszkała pod jednym dachem od lat.
Teraz nie mogła pomóc, nawet gdyby otworzyła sobie żyły - a gdyby to faktycznie mogło pomóc, pewnie dokładnie to by zrobiła.
Poczekała aż zamkną się za nimi drzwi gabinetu Danielle. Aż znajdą się we trzy, w zaciszu pomieszczenia. Pomyślała, że właściwie powinny być we cztery, ale Brenna nie była pewna, gdzie jest teraz Lucy. Obiecała sobie ją odszukać, gdy tylko stąd wyjdą. O ile starsza z sióstr już nie wiedziała. Ktoś z Biura Aurorów mógł przekazać jej te same wieści, które teraz przekazywały tutaj one.
- Sądzimy, że twój ojciec nie żyje - powiedziała, sięgając po dłoń Danielle, gotowa podtrzymać ją, gdyby pod uzdrowicielką ugięły się nogi. - Nie wrócił do domu. Zanim tu przyjechałyśmy, byłyśmy na polanie. Nie ma... go wśród żywych znalezionych w lesie, a przeszukano już prawie całą Knieję. Tata... tata... gdy wrócił dziś rano z przeszukiwań lasu powiedział, że ktoś widział... światła areny Longbottomów... i że śmierciożerca wygrał.
Urwała. Co jeszcze miała powiedzieć? Że prawdopodobnie spoczywał pośród zwłok, czekających na identyfikację? Albo że ciało porwał wiatr i wyniósł tak daleko, że nie zdołano go ciągle znaleźć? Że Mavelle, kto wie, chyba zobaczyła go w Limbo, bo zdawała się domyślać jego śmierci i tylko to wypierać?
Spojrzała na Mavelle, wychodzącą z sali szpitalnej. Nie powiedziała niczego, nijak nie skomentowała wyboru, jaki być może ta dokonała. (Jakiego – Brenna też nie wiedziała. Chociaż była świadoma, że Bones kiedyś spotykała się z Alastorem, nie podejrzewała jeszcze tego, jak bardzo Beltane wpłynęło na nich wszystkich. Własne zmartwienie o partnera z patrolu traktowała w tej chwili jako coś naturalnego, bo przecież martwiłaby się o wszystkich w takiej sytuacji. I nie widziała tych nici, które Danielle ujrzała między Eden a Moodym.)
Kiwnęła głową, na propozycję przejścia do gabinetu Danielle. Ruszyła w ślad za nią, mijając dziesiątki ludzi. Wielu z nich odwiedzało tu krewnych. Wielu ich szukało. I część z nich przychodziło tutaj po te najgorsze wieści. Brenna nie mogła nie myśleć o duchu dziecka z lasu. Nie zastanawiać się, czy matka nie szuka tutaj Jimmyego.
Przekazywała już podobne informacje. Wiele razy. Zbyt wiele. Zwłaszcza w ostatnich latach. Tylko w ciągu ostatnich tygodni musiała pukać do drzwi, jednych, drugich, trzecich, dziesiątych i piętnastych. Ofiary czarnoksiężnika z mokradeł. Ofiary czarnoksiężnika z Lasu Wisielców.
Ale nigdy, nigdy nie stawało się to łatwiejsze, a teraz?
Teraz chodziło o Danielle i człowieka, z którym mieszkała pod jednym dachem od lat.
Teraz nie mogła pomóc, nawet gdyby otworzyła sobie żyły - a gdyby to faktycznie mogło pomóc, pewnie dokładnie to by zrobiła.
Poczekała aż zamkną się za nimi drzwi gabinetu Danielle. Aż znajdą się we trzy, w zaciszu pomieszczenia. Pomyślała, że właściwie powinny być we cztery, ale Brenna nie była pewna, gdzie jest teraz Lucy. Obiecała sobie ją odszukać, gdy tylko stąd wyjdą. O ile starsza z sióstr już nie wiedziała. Ktoś z Biura Aurorów mógł przekazać jej te same wieści, które teraz przekazywały tutaj one.
- Sądzimy, że twój ojciec nie żyje - powiedziała, sięgając po dłoń Danielle, gotowa podtrzymać ją, gdyby pod uzdrowicielką ugięły się nogi. - Nie wrócił do domu. Zanim tu przyjechałyśmy, byłyśmy na polanie. Nie ma... go wśród żywych znalezionych w lesie, a przeszukano już prawie całą Knieję. Tata... tata... gdy wrócił dziś rano z przeszukiwań lasu powiedział, że ktoś widział... światła areny Longbottomów... i że śmierciożerca wygrał.
Urwała. Co jeszcze miała powiedzieć? Że prawdopodobnie spoczywał pośród zwłok, czekających na identyfikację? Albo że ciało porwał wiatr i wyniósł tak daleko, że nie zdołano go ciągle znaleźć? Że Mavelle, kto wie, chyba zobaczyła go w Limbo, bo zdawała się domyślać jego śmierci i tylko to wypierać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.