10.07.2023, 11:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2023, 11:41 przez Darcy Lockhart.)
Darcy czuł się urażony, ponieważ był Darcym. Chłopakiem, który miał o sobie wysokie, ba, nieco zbyt wysokie wręcz, mniemanie i uważał się za lepszych niż jacyś tam gracze quidditcha. W oczach Heather nie był nikim ważnym, z kolei w jego oczach ktoś, kto nie zna jego nazwiska, był żałosnym ignorantem – no, chyba że potem odkupił swoje winy, zapewniając, że jego książki są najlepsze na świecie. (Zdanie o ludziach zresztą zmieniał często, niby chorągiewka na wietrze, w zależności od tego, co akurat powiedzieli, zrobili albo w jaki sposób wypowiedziała się na ich temat Daisy.) Nie obchodziło go, czy Wood zwracała uwagę na innych czy nie, i czy to było u niej normalne. W jego opinii mogła przekręcić imię każdego, nawet swojej matki, ale zrobienie tego z imieniem Darcyego było niewybaczalnym wręcz grzechem.
Nie dał jednak tego po sobie poznać, bo był też dziennikarzem, polującym na sensacyjny artykuł. Taki, który sprawi, że jego imię stanie się sławne i nikt nigdy nie nazwie go już Horacym. (Horacym!!! Gdyby to chociaż był Hektor!)
- Może to gniew bogini? – podsunął Darcy, który absolutnie w to nie wierzył, ale uznał, że będzie dobrze wyglądało w prasie i sprawi, że Ludzie Zaczną O Tym Mówić. – W końcu Polana Ogni to święte miejsce. Zastanawiam się, jak wpłynie to na Macmillanów. Przecież oni są czystej krwi… - powiedział przebiegle, kiedy Heather wspomniała o tym, że Voldemort i śmierciożercy mordowali jak leci. Lockhart do tej pory nie był tego pewien. Z drugiej strony, po co śmierciożercy mieliby zaatakować sabat, jeżeli nie po to, by zabijać i siać popłoch?
- Ale żyjesz. Wiesz, walczyć ze śmierciożercami i przeżyć? Oni chyba są, no, wyćwiczeni w czarnej magii… - powiedział. Było w tym coś absurdalnego, że z jednej strony pochwały były szczere, bo przeżycie walki ze śmierciożercami uważał za niebyle co, a z drugiej, nigdy by ich nie wygłosił wobec Heather, gdyby nie miał w tym żadnego interesu. – Poza tym ostatecznie uciekli, prawda? Och… Ale te osoby, z którymi walczyłaś wczoraj, przeżyły, prawda? – spytał przebiegle. Tak, próbował się dowiedzieć, kto wczoraj był na polanie, kto stawiał czoła atakowali Voldemorta i jego ludzi. – Może mam o kogoś podpytać w twoim imieniu? Wiesz, czy są cali i zdrowi – zaproponował. Był chodzącą uprzejmością, oczywiście. (I znów, być może złożyłby taką propozycję i bez tych ukrytych motywów, bo właściwie nic by go nie kosztowało, a Darcy umiał być miły. A jednocześnie teraz pytał o to, bo liczył, że uda mu się uatrakcyjnić tekst albo dopaść osoby, które brały udział w walkach.)
- Trójka? Słyszałem o czwórce. Jedna to podobno Lestrange. A drugi to Bulstrode – powiedział. To ostatnie nazwisko wygłosił z odrobiną niesmaku. Dlaczego? Bo Bulstrode był parę lat od niego starszy, też był w Slytherinie i młody Darcy w szkole patrzył na takich jak on, bogatych, czystrokrwistych, grających w quidditcha i popularnych, z zawiścią w sercu. – Ale nie wiem, co się im dokładnie przytrafiło – stwierdził, trochę rozczarowany, że Heather nie potrafi udzielić mu dokładniejszych informacji.
Nie dał jednak tego po sobie poznać, bo był też dziennikarzem, polującym na sensacyjny artykuł. Taki, który sprawi, że jego imię stanie się sławne i nikt nigdy nie nazwie go już Horacym. (Horacym!!! Gdyby to chociaż był Hektor!)
- Może to gniew bogini? – podsunął Darcy, który absolutnie w to nie wierzył, ale uznał, że będzie dobrze wyglądało w prasie i sprawi, że Ludzie Zaczną O Tym Mówić. – W końcu Polana Ogni to święte miejsce. Zastanawiam się, jak wpłynie to na Macmillanów. Przecież oni są czystej krwi… - powiedział przebiegle, kiedy Heather wspomniała o tym, że Voldemort i śmierciożercy mordowali jak leci. Lockhart do tej pory nie był tego pewien. Z drugiej strony, po co śmierciożercy mieliby zaatakować sabat, jeżeli nie po to, by zabijać i siać popłoch?
- Ale żyjesz. Wiesz, walczyć ze śmierciożercami i przeżyć? Oni chyba są, no, wyćwiczeni w czarnej magii… - powiedział. Było w tym coś absurdalnego, że z jednej strony pochwały były szczere, bo przeżycie walki ze śmierciożercami uważał za niebyle co, a z drugiej, nigdy by ich nie wygłosił wobec Heather, gdyby nie miał w tym żadnego interesu. – Poza tym ostatecznie uciekli, prawda? Och… Ale te osoby, z którymi walczyłaś wczoraj, przeżyły, prawda? – spytał przebiegle. Tak, próbował się dowiedzieć, kto wczoraj był na polanie, kto stawiał czoła atakowali Voldemorta i jego ludzi. – Może mam o kogoś podpytać w twoim imieniu? Wiesz, czy są cali i zdrowi – zaproponował. Był chodzącą uprzejmością, oczywiście. (I znów, być może złożyłby taką propozycję i bez tych ukrytych motywów, bo właściwie nic by go nie kosztowało, a Darcy umiał być miły. A jednocześnie teraz pytał o to, bo liczył, że uda mu się uatrakcyjnić tekst albo dopaść osoby, które brały udział w walkach.)
- Trójka? Słyszałem o czwórce. Jedna to podobno Lestrange. A drugi to Bulstrode – powiedział. To ostatnie nazwisko wygłosił z odrobiną niesmaku. Dlaczego? Bo Bulstrode był parę lat od niego starszy, też był w Slytherinie i młody Darcy w szkole patrzył na takich jak on, bogatych, czystrokrwistych, grających w quidditcha i popularnych, z zawiścią w sercu. – Ale nie wiem, co się im dokładnie przytrafiło – stwierdził, trochę rozczarowany, że Heather nie potrafi udzielić mu dokładniejszych informacji.