10.07.2023, 12:55 ✶
Florence Bulstrode nie była delikatnym kwiatkiem.
Mogła za takiego uchodzić – jakieś dziesięć lat temu, tuż po dwudziestce, kiedy była jeszcze młodą, zawsze dobrze ubraną dziewczyną z dobrego domu. Choć już wtedy pewna surowość jej obejścia (utrzymująca się tak długo, jak długo w pobliżu nie było młodszego kuzynostwa albo najlepszych przyjaciół) łagodziła jednak to wrażenie. A teraz Florence nie była już taka młoda i miała za sobą lata praktyki w Mungu. Trudnych przypadków, ludzi umierających powoli na oddziale, rodzin pogrążonych w rozpaczy albo niezadowolonych z postępowania magomedyków, nierzadko też pacjentów o paskudnych charakterach, odreagowujących na uzdrowicielach albo tych gasnących cicho, przy których serce podwójnie się łamało.
Dlatego kiedy znaleźli w trawie oderwane kończyny, nie zemdlała, nie rozpłakała się, zbladła tylko trochę – co było ledwo widoczne, bo rzadko wychodziła na słońce, więc i cerę miała z natury bladą. Widywała już paskudne rzeczy, owszem. Ale oderwane od siebie kończyny jednak dość rzadko przywożono jej na oddział. Wstrząsał ją do pewnego stopnia ten widok i świadomość bezsensowności tej śmierci. Przez głowę przeszło Florence i to, że ciężko będzie ustalić, kim był ten człowiek, a jeżeli nawet to się uda – jak cierpieć będzie rodzina wiedząc, że ich krewny nie tylko zginął, ale nie doczeka się nawet porządnego pochówku. Stała więc tak parę sekund, zanim wzięła się w garść.
Ktoś, kto ją znał, może nawet zorientowałby się, że ten widok zrobił na niej pewne wrażenie. W oczach obcego jednak niekoniecznie było to widoczne. Szpital uczył noszenia maski spokoju, w czym pomagał naturalnie zrównoważony charakter.
- Cóż. Miałam nadzieję, że znajdziemy kogoś żywego. Możliwie w całości. Niech pan ich przez chwilę nie rusza, proszę – powiedziała, po czym ruszyła w stronę ręki. Przyklękła, starając się, by przypadkiem nie ubrudzić sobie spódnicy krwią. Zlustrowała uważnym spojrzeniem palce i paznokcie. Próbowała ocenić wiek oraz płeć osoby, do której należała. A potem jej spojrzenie skupiło się na obrażeniach: co zabiło (albo rozerwało już po śmierci?) tę osobę? Zaklęcie? Uderzenie w drzewo? Jakieś potwory? Zwracała uwagę na wszystko, także na to, jak leżało. Na to, czy pod paznokciami, jeśli te ocalały, ostały się jakieś ślady.
Potem wstała. Wciąż z tym samym wyrazem twarzy, spokojnym krokiem, przeszła na skraj dołu, w którym spoczywała noga. Znów się pochyliła, powtarzając procedurę. Próbując przede wszystkim stwierdzić, czy noga i ręka mogą być… częściami… tej samej osoby. Rozejrzała się wreszcie, uniosła nawet różdżkę, szepnęła lumos, a potem oświetliła wszystkie zakamarki wokół nich. Sprawdzając, czy nie zobaczy innych fragmentów ciała. Albo śladów tego czegoś lub kogoś, kto mógł doprowadzić te zwłoki do takiego stanu.
– Jak dobry jest pan w translokacji? – spytała po tym czasie uprzejmie, wyciągając ze swojej torby worek, by go rozłożyć. Magia nieco szwankowała i nie chciała ryzykować, że wydobywając nogę z tego dołu, upuści ją i doprowadzi do jeszcze większych uszkodzeń. Ostrożność w transporcie była wskazana. Mogła zadecydować o tym, czy zdołają potem ustalić, do kogo należały te fragmenty. Wydobywanie ich ręcznie z kolei… miała wprawdzie w kieszeni rękawiczki, ale mimo wszystko, wolała zrobić to, nie dotykając kończyn. – Nie chciałabym ich upuścić – przyznała, spoglądając na Samuela. Jeżeli wydał się jej nazbyt wstrząśnięty widokiem, aby zabrać się za umieszczanie nogi i ręki w worku, Florence była gotowa zrobić to samodzielnie.
Mogła za takiego uchodzić – jakieś dziesięć lat temu, tuż po dwudziestce, kiedy była jeszcze młodą, zawsze dobrze ubraną dziewczyną z dobrego domu. Choć już wtedy pewna surowość jej obejścia (utrzymująca się tak długo, jak długo w pobliżu nie było młodszego kuzynostwa albo najlepszych przyjaciół) łagodziła jednak to wrażenie. A teraz Florence nie była już taka młoda i miała za sobą lata praktyki w Mungu. Trudnych przypadków, ludzi umierających powoli na oddziale, rodzin pogrążonych w rozpaczy albo niezadowolonych z postępowania magomedyków, nierzadko też pacjentów o paskudnych charakterach, odreagowujących na uzdrowicielach albo tych gasnących cicho, przy których serce podwójnie się łamało.
Dlatego kiedy znaleźli w trawie oderwane kończyny, nie zemdlała, nie rozpłakała się, zbladła tylko trochę – co było ledwo widoczne, bo rzadko wychodziła na słońce, więc i cerę miała z natury bladą. Widywała już paskudne rzeczy, owszem. Ale oderwane od siebie kończyny jednak dość rzadko przywożono jej na oddział. Wstrząsał ją do pewnego stopnia ten widok i świadomość bezsensowności tej śmierci. Przez głowę przeszło Florence i to, że ciężko będzie ustalić, kim był ten człowiek, a jeżeli nawet to się uda – jak cierpieć będzie rodzina wiedząc, że ich krewny nie tylko zginął, ale nie doczeka się nawet porządnego pochówku. Stała więc tak parę sekund, zanim wzięła się w garść.
Ktoś, kto ją znał, może nawet zorientowałby się, że ten widok zrobił na niej pewne wrażenie. W oczach obcego jednak niekoniecznie było to widoczne. Szpital uczył noszenia maski spokoju, w czym pomagał naturalnie zrównoważony charakter.
- Cóż. Miałam nadzieję, że znajdziemy kogoś żywego. Możliwie w całości. Niech pan ich przez chwilę nie rusza, proszę – powiedziała, po czym ruszyła w stronę ręki. Przyklękła, starając się, by przypadkiem nie ubrudzić sobie spódnicy krwią. Zlustrowała uważnym spojrzeniem palce i paznokcie. Próbowała ocenić wiek oraz płeć osoby, do której należała. A potem jej spojrzenie skupiło się na obrażeniach: co zabiło (albo rozerwało już po śmierci?) tę osobę? Zaklęcie? Uderzenie w drzewo? Jakieś potwory? Zwracała uwagę na wszystko, także na to, jak leżało. Na to, czy pod paznokciami, jeśli te ocalały, ostały się jakieś ślady.
Potem wstała. Wciąż z tym samym wyrazem twarzy, spokojnym krokiem, przeszła na skraj dołu, w którym spoczywała noga. Znów się pochyliła, powtarzając procedurę. Próbując przede wszystkim stwierdzić, czy noga i ręka mogą być… częściami… tej samej osoby. Rozejrzała się wreszcie, uniosła nawet różdżkę, szepnęła lumos, a potem oświetliła wszystkie zakamarki wokół nich. Sprawdzając, czy nie zobaczy innych fragmentów ciała. Albo śladów tego czegoś lub kogoś, kto mógł doprowadzić te zwłoki do takiego stanu.
– Jak dobry jest pan w translokacji? – spytała po tym czasie uprzejmie, wyciągając ze swojej torby worek, by go rozłożyć. Magia nieco szwankowała i nie chciała ryzykować, że wydobywając nogę z tego dołu, upuści ją i doprowadzi do jeszcze większych uszkodzeń. Ostrożność w transporcie była wskazana. Mogła zadecydować o tym, czy zdołają potem ustalić, do kogo należały te fragmenty. Wydobywanie ich ręcznie z kolei… miała wprawdzie w kieszeni rękawiczki, ale mimo wszystko, wolała zrobić to, nie dotykając kończyn. – Nie chciałabym ich upuścić – przyznała, spoglądając na Samuela. Jeżeli wydał się jej nazbyt wstrząśnięty widokiem, aby zabrać się za umieszczanie nogi i ręki w worku, Florence była gotowa zrobić to samodzielnie.