03.11.2022, 23:42 ✶
Podciągnęła palcami ramiączka sukni, zastanawiając się ile osób zobaczy w jak fatalnym stanie są spierzchnięte dłonie aurorki. Może nie będą w stanie tego zauważyć zbyt przejęci tym, ile razy w ciągu godziny jaka zajęła im na dotarcie tutaj człowiek może się potknąć o własne stopy. Dużo.
- Jeśli zdołam przejść przez tę noc bez aresztowania samej siebie za przypadkowe obnażenie się publicznie, to możemy uznać to za sukces. - Wymamrotała do Alastora, pociągając gwałtownym nawet jak na siebie ruchem tren sukni. Czuła się żenująco odsłonięta i to nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zeneida nienawidziła sytuacji, w których na wierzch wychodziła słabość kobiety dotycząca jakiejkolwiek z dziedzin, a szczególnie już, gdy okoliczności miały coś do zarzucenia jej sposobom prowadzenia się pośród innych. Nie była nawet pewna czemu potwierdziła swoją obecność, nawet gdy podświadomość potrafiła przytoczyć kilka solidnych argumentów. Dla dobrej, słusznej sprawy, dla wsparcia brata i ich rodziny, która bądź co bądź współpracowała z Longbottomami w szerzeniu sprawiedliwości przez dekady. Różnica była tylko taka, że o ile zacni czarodzieje, przez których salon teraz próbowała się przedrzeć wiedzieli, z czym mieli do czynienia, Moody natomiast zwykli trzymać się ciemnych uliczek i ścian, podczas tego typu wydarzeń. Na Merlina, ile by oddała za ścianę, najlepiej taką w odległości kilku centymetrów od niej, żeby mogła oddalić chociaż na sekundę widmo wylądowania na idealnie wypolerowanej posadzce. Smukłe, wysportowane nogi kogoś, kto potrafi kontrolować swoje ruchy latami praktyki nagle zdawały się przypominać kończyny niesfornej żyrafy, gdy w grę wchodziły wysokie, ozdobne buty na obcasie, które wygrzebała z czeluści szafy. Musiały być one prezentem od Eden, niewątpliwie, bowiem podobnie do sukienki, sprawiały wrażenie znacznie droższych niż budżet Idy, a co więcej, drastycznie igrały z typowym jej wizerunkiem. Samej kobiecie ciężko było powiedzieć, czy prezentuje się dzisiaj dobrze, bo tak jak na co dzień niewiele robiła sobie z własnego wyglądu, tak dzisiaj zdrowy rozsądek przysłaniała dyskretna woalka niedorzecznego wstydu.
- Jak zobaczysz, że się wywracam, zrób coś głupszego, żeby odwrócić ode mnie uwagę. - Szturchnęła brata w ramię, gdy wreszcie dotarli do najbliższego kręgu rozmowy, gdzie dostrzegła Longbottomów oraz ich znajomych.
- Sytuacja wygląda tak, że w niewiele miejsc dojdę dziś o własnych siłach. - Zaczęła na przywitanie, ledwo kiwając głową w geście uprzejmości do zgromadzonych, swój wzrok kierując bezpośrednio na rodzeństwo. - W związku z czym, musicie mi pokazać gdzie jest bar, bo tam właśnie zamierzam spędzić resztę wieczoru. To jest, o ile zdołam do niego dojść. O ile to możliwe, zmarszczyła brwi nawet intensywniej, przez chwilę rzucając oskarżycielskie spojrzenia na poły połyskującej opalizującym blaskiem kreacji.
Brenna wyglądała oczywiście idealnie na miejscu. Inaczej Moody nie była w stanie określić lekkości z jaką witała gości w piękniejszej sukni, w dodatku idealnie na nią pasującej. Na szczęście obecność znajomej twarzy, pomogła odzyskać chociaż odrobinę spokoju czarownicy, która powoli zaczęła rozluźniać nienaturalnie spięte ramiona, dopóki nie przerzuciła wzroku na drugiego z Longbottomów. Otworzyła oczy szerzej, a następnie przymrużyła je, tak jakby miała problem z dostrzeżeniem jakiegoś szczegółu. - Nie wiedziałam, że wpuszczają tu niepełnoletnich. - Podciągnęła w górę lewy kącik swoich ust. - Wyglądasz, jakbyś wczoraj pierwszy raz mógł się napić piwa kremowego. - Oczy błysnęły w ogniu znajomego rytmu dialogu, który dodał kobiecie chociaż odrobinę złudnej pewności siebie w tej sytuacji. - Ida Moody, widziałyśmy się na otwarciu klubokawiarni. Świetne ciastka. - Dodała zaraz potem do drobniutkiej blondynki, a następnie wyciągnęła dłoń w geście powitania do towarzyszącemu Brennie mężczyźnie.
- Jeśli zdołam przejść przez tę noc bez aresztowania samej siebie za przypadkowe obnażenie się publicznie, to możemy uznać to za sukces. - Wymamrotała do Alastora, pociągając gwałtownym nawet jak na siebie ruchem tren sukni. Czuła się żenująco odsłonięta i to nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zeneida nienawidziła sytuacji, w których na wierzch wychodziła słabość kobiety dotycząca jakiejkolwiek z dziedzin, a szczególnie już, gdy okoliczności miały coś do zarzucenia jej sposobom prowadzenia się pośród innych. Nie była nawet pewna czemu potwierdziła swoją obecność, nawet gdy podświadomość potrafiła przytoczyć kilka solidnych argumentów. Dla dobrej, słusznej sprawy, dla wsparcia brata i ich rodziny, która bądź co bądź współpracowała z Longbottomami w szerzeniu sprawiedliwości przez dekady. Różnica była tylko taka, że o ile zacni czarodzieje, przez których salon teraz próbowała się przedrzeć wiedzieli, z czym mieli do czynienia, Moody natomiast zwykli trzymać się ciemnych uliczek i ścian, podczas tego typu wydarzeń. Na Merlina, ile by oddała za ścianę, najlepiej taką w odległości kilku centymetrów od niej, żeby mogła oddalić chociaż na sekundę widmo wylądowania na idealnie wypolerowanej posadzce. Smukłe, wysportowane nogi kogoś, kto potrafi kontrolować swoje ruchy latami praktyki nagle zdawały się przypominać kończyny niesfornej żyrafy, gdy w grę wchodziły wysokie, ozdobne buty na obcasie, które wygrzebała z czeluści szafy. Musiały być one prezentem od Eden, niewątpliwie, bowiem podobnie do sukienki, sprawiały wrażenie znacznie droższych niż budżet Idy, a co więcej, drastycznie igrały z typowym jej wizerunkiem. Samej kobiecie ciężko było powiedzieć, czy prezentuje się dzisiaj dobrze, bo tak jak na co dzień niewiele robiła sobie z własnego wyglądu, tak dzisiaj zdrowy rozsądek przysłaniała dyskretna woalka niedorzecznego wstydu.
- Jak zobaczysz, że się wywracam, zrób coś głupszego, żeby odwrócić ode mnie uwagę. - Szturchnęła brata w ramię, gdy wreszcie dotarli do najbliższego kręgu rozmowy, gdzie dostrzegła Longbottomów oraz ich znajomych.
- Sytuacja wygląda tak, że w niewiele miejsc dojdę dziś o własnych siłach. - Zaczęła na przywitanie, ledwo kiwając głową w geście uprzejmości do zgromadzonych, swój wzrok kierując bezpośrednio na rodzeństwo. - W związku z czym, musicie mi pokazać gdzie jest bar, bo tam właśnie zamierzam spędzić resztę wieczoru. To jest, o ile zdołam do niego dojść. O ile to możliwe, zmarszczyła brwi nawet intensywniej, przez chwilę rzucając oskarżycielskie spojrzenia na poły połyskującej opalizującym blaskiem kreacji.
Brenna wyglądała oczywiście idealnie na miejscu. Inaczej Moody nie była w stanie określić lekkości z jaką witała gości w piękniejszej sukni, w dodatku idealnie na nią pasującej. Na szczęście obecność znajomej twarzy, pomogła odzyskać chociaż odrobinę spokoju czarownicy, która powoli zaczęła rozluźniać nienaturalnie spięte ramiona, dopóki nie przerzuciła wzroku na drugiego z Longbottomów. Otworzyła oczy szerzej, a następnie przymrużyła je, tak jakby miała problem z dostrzeżeniem jakiegoś szczegółu. - Nie wiedziałam, że wpuszczają tu niepełnoletnich. - Podciągnęła w górę lewy kącik swoich ust. - Wyglądasz, jakbyś wczoraj pierwszy raz mógł się napić piwa kremowego. - Oczy błysnęły w ogniu znajomego rytmu dialogu, który dodał kobiecie chociaż odrobinę złudnej pewności siebie w tej sytuacji. - Ida Moody, widziałyśmy się na otwarciu klubokawiarni. Świetne ciastka. - Dodała zaraz potem do drobniutkiej blondynki, a następnie wyciągnęła dłoń w geście powitania do towarzyszącemu Brennie mężczyźnie.
give me a bitter glory.