Ciężko było nie zgodzić się z tym tokiem myślenia. Rabastan może i chciał nieco się usamodzielnić i odsunąć od siebie swego rodzaju kaganiec w formie kontroli rodziców, jednak aż zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że całkowicie odrzucenie tradycji rodów czystej krwi było kompletnym samobójstwem. Głupotą. Coraz częściej wytykano im staromodne poglądy, krzywdzące podejście do niektórych grup społecznych... Jednak coś musiało w tym być, skoro Ministerstwo Magii nie było tak otwarte na zmiany, jak chcieli tego liberałowie. Innowacyjne podejście mogło działać na korzyść, jednak czekanie na wyniki mogło w międzyczasie pogrążyć wielu ludzi, całe rodziny.
— Zapewne twoje siostry również? — Uniósł lekko brwi, przenosząc ciężar rozmowy na nieco mniej kontrowersyjne kwestie. Chociaż z całej trójki to z Bellą był najbliżej, tak towarzystwo Andromedy i Narcyzy nigdy mu szczególnie nie przeszkadzało. Ba, bywały nawet chwilę, gdy wręcz wyczekiwał, aż siostry Black pojawią się gdzieś w całej grupie. Był to wręcz spektakularny widok. — Powinniśmy się wybrać na jakimś obiad w młodym gronie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś w większym gronie.
Zmarszczył lekko brwi. Odkąd przyjął pracę w stacji radiowej, stał się nieco bardziej kontaktowy, jednak dalej nie nazwałby się duszą towarzystwa. Poza tym w swojej sugestii kierował się też pragmatyzmem. Odkąd opuścili szkolne mury nie mieli zbyt wielu okazji do tego, aby być na bieżąco z życiem swych rówieśników... Spotkanie w większym gronie mogłoby im pomóc rozeznać się w nastrojach, jakie panowały pośród ex-Ślizgonów. Kto wie, może nawet zdołaliby namierzyć paru kandydatów, którzy mogliby się przydać w organizacji?
— Boli mnie to, jak nisko sobie stawiasz poprzeczkę — zacmokał, spoglądając na Black niemalże z żalem. — Zawsze sądziłem, że stawiasz sobie poprzeczkę nieco wyżej. Dziedziczka wielkiego rodu Blacków, dla której maksimum szczęścia, to straszenie pierwszych lepszych ludzi w chaszczach na jakieś wiosce...
Nie zdążył się nawet zająknąć, co by odpowiedzieć na pytanie przyjaciółki, gdy z krzaków wybiegło jakieś rozhisteryzowane dziewczę. Na Merlina, boso? Dziwne, że jeszcze jest w stanie chodzić, przeszło mu przez myśl, gdy nieznajoma się zatrzymała pod wpływem słów Bellatriks. Rabastan trzymał się z boku, jednak czujnie rozglądał się na boki, oczekując, że z zarośli wyłoni się kolejna twarzyczka.
— Jesteśmy z Ministerstem... Zorganizowali poszukiwania zaginionych po tym, co się wydarzyło na Beltane — dodał od siebie. W końcu wszyscy wolontariusze byli na swój sposób kontrolowani przez pracowników Ministerstwa. — Co ci się...
— T-to b-b-było okropne! — zawyła dziewczyna. — M-mój brat t-to znaczy J-jace ch-chciał mi p-pokazać łąkę w Kniei, ale p-poszliśmy t-tańczyć i — Pociągnęła nosem, ocierając łzy z policzków — Zaatakowali! C-ci dranie! Śmierciożercy! — Opadła na kolana, dalej łkając. — Uciekliśmy, ale drzewo spadło na dróżkę i m-musieliśmy się rozdzielić! Nie mogę go znaleźć! — Spojrzała na Bellatriks. — J-ja nazywam się Ellie. M-może p-pójdziecie ze mną na tę ł-łąkę? M-może tam jest Jace! T-to niedaleko, naprawdę! Może 15, nie 10 minut drogi! Proszę, nie mogę go tutaj zostawić!
Blondyn spiął się nieco, drapiąc się po karku. Zerknął na swoją towarzyszkę. Pracowała w Pogotowiu Ratunkowym, chyba powinna wiedzieć, co robić z osobami, które miały za sobą... cóż... jakąś traumę? Chyba nie oberwała żadnym zaklęciem, pomyślał, taksując ją wzrokiem. Noc w lesie mogła ją wystraszyć bardziej niż sama ucieczka przed Śmierciożerecami. W każdym razie Lestrange był gotów podążyć za wytycznymi koleżanki.