10.07.2023, 20:10 ✶
Czy dokonała słusznego wyboru, wychodząc z tej szpitalnej sali, w której znalazło się teraz o dużo za wiele osób jak na jej gust? Zwłaszcza tych płci żeńskiej. Rozum podpowiadał, że tak, jak najbardziej – pewne rzeczy należały już do przeszłości w niej powinny pozostać, serce jednak…
… ach, serce! Dlaczego jego porywy były tak trudne do opanowania?! Czy miało to jakiś związek z tym, że tak naprawdę nigdy nie zapomniała o Alastorze – w tym konkretnym ujęciu, bo przecież zapomnienie o nim jako o osobie było niemożliwe choćby ze względu na fakt, iż pracowali w niejako powiązanych ze sobą Departamentach? I to też nie tak, że nakreślając linię między nimi stwierdziła „żegnaj! Nigdy więcej widzieć cię nie chcę!”. Czy po prostu nastał czas, kiedy pracowicie budowane mury najzwyczajniej w świecie skruszały?
Nie wiedziała.
Jak na razie miała mętlik w głowie i starała się kurczowo trzymać myśli, że Moody nie stanowił przecież centrum wszechświata, że nie budziła się u jego boku, że nie snuli żadnych planów na przyszłość. Nie była z nim ściśle związana, Dani zaś… z nią mieszkała teraz pod jednym dachem, ją znała o wiele dłużej niż choćby usłyszała nazwisko Moody, w końcu też: łączyły je więzy krwi.
A Longbottomowie, jak dało się zauważyć, stanowili dość zgraną rodzinę – i dość trudno było natknąć się na „samotnego wilka”. Tak że… tak, z pewnością dokonała właściwego wyboru, nawet jeśli coś w niej podpowiadało, że może jednak powinna zawrócić. Zawrócić i…
… nie, odepchnęła ten obraz od siebie. Nie. Nie mogła, nie chciała, to wręcz nie było normalne. Nie. Nie mogła wrócić, nie teraz, teraz musiała postawić Dani przed tragicznym faktem. Bo nawet jeśli początkowo zaprzeczała temu, co już wiedziała, to upływ czasu tylko potwierdzał, że nic się nie zmieni w tej materii.
Derwina nie było wśród nich.
Za to jakaś jego część znajdowała się w niej – i nie miała zamiaru się do tego przyznawać.
Milczała, dreptając za kuzynkami, próbując ułożyć sobie słowa w głowie. To nie tak, że nigdy nikomu nie mówiła, że już nie ujrzą swoich bliskich, ale jedno – informować całkiem nieznanych ludzi, drugie – uświadamiać tych naprawdę bliskich. Czy powinny być we cztery? Zapewne tak, obiecywała w końcu wujkowi, że weźmie na siebie ciężar rozmowy również i z Lucy. Ale póki co przed nimi stała jedna z sióstr. I jej musiały złamać serce, jednocześnie łamiąc i sobie samej – a przynajmniej tak to odczuwała Mavelle.
- Nawet jeśli go znajdą, to po takim czasie… – dodała milknąc, gdy załamał się jej głos. Walczył. Gdyby był zwykłym czarodziejem, który po prostu zabłądził w kniei, to może jeszcze istniałyby szanse. Ale arena, wspomnienie walki, jakie w sobie nosiła, cała reszta wspomnień, do jakich miała dostęp: wszystko świadczyło o jednym.
Jednym.
Inna możliwość już nie istniała.
- … gdyby… gdyby żył, na pewno już byśmy wiedzieli. Dani… przepraszam, ze nie mamy lepszych wieści – ostatnie słowa prawie wyszeptała. Chciała objąć kuzynkę, ale też jednocześnie nie pragnęła przytłoczyć jej swoim zimnem. Potrzebowała – jeśli już – ciepła życia, nie chłodu śmierci, jaki od niej bił. Więc po prostu objęła się rękoma, zupełnie jakby powstrzymywała się przed rozsypaniem tu i teraz.
… ach, serce! Dlaczego jego porywy były tak trudne do opanowania?! Czy miało to jakiś związek z tym, że tak naprawdę nigdy nie zapomniała o Alastorze – w tym konkretnym ujęciu, bo przecież zapomnienie o nim jako o osobie było niemożliwe choćby ze względu na fakt, iż pracowali w niejako powiązanych ze sobą Departamentach? I to też nie tak, że nakreślając linię między nimi stwierdziła „żegnaj! Nigdy więcej widzieć cię nie chcę!”. Czy po prostu nastał czas, kiedy pracowicie budowane mury najzwyczajniej w świecie skruszały?
Nie wiedziała.
Jak na razie miała mętlik w głowie i starała się kurczowo trzymać myśli, że Moody nie stanowił przecież centrum wszechświata, że nie budziła się u jego boku, że nie snuli żadnych planów na przyszłość. Nie była z nim ściśle związana, Dani zaś… z nią mieszkała teraz pod jednym dachem, ją znała o wiele dłużej niż choćby usłyszała nazwisko Moody, w końcu też: łączyły je więzy krwi.
A Longbottomowie, jak dało się zauważyć, stanowili dość zgraną rodzinę – i dość trudno było natknąć się na „samotnego wilka”. Tak że… tak, z pewnością dokonała właściwego wyboru, nawet jeśli coś w niej podpowiadało, że może jednak powinna zawrócić. Zawrócić i…
… nie, odepchnęła ten obraz od siebie. Nie. Nie mogła, nie chciała, to wręcz nie było normalne. Nie. Nie mogła wrócić, nie teraz, teraz musiała postawić Dani przed tragicznym faktem. Bo nawet jeśli początkowo zaprzeczała temu, co już wiedziała, to upływ czasu tylko potwierdzał, że nic się nie zmieni w tej materii.
Derwina nie było wśród nich.
Za to jakaś jego część znajdowała się w niej – i nie miała zamiaru się do tego przyznawać.
Milczała, dreptając za kuzynkami, próbując ułożyć sobie słowa w głowie. To nie tak, że nigdy nikomu nie mówiła, że już nie ujrzą swoich bliskich, ale jedno – informować całkiem nieznanych ludzi, drugie – uświadamiać tych naprawdę bliskich. Czy powinny być we cztery? Zapewne tak, obiecywała w końcu wujkowi, że weźmie na siebie ciężar rozmowy również i z Lucy. Ale póki co przed nimi stała jedna z sióstr. I jej musiały złamać serce, jednocześnie łamiąc i sobie samej – a przynajmniej tak to odczuwała Mavelle.
- Nawet jeśli go znajdą, to po takim czasie… – dodała milknąc, gdy załamał się jej głos. Walczył. Gdyby był zwykłym czarodziejem, który po prostu zabłądził w kniei, to może jeszcze istniałyby szanse. Ale arena, wspomnienie walki, jakie w sobie nosiła, cała reszta wspomnień, do jakich miała dostęp: wszystko świadczyło o jednym.
Jednym.
Inna możliwość już nie istniała.
- … gdyby… gdyby żył, na pewno już byśmy wiedzieli. Dani… przepraszam, ze nie mamy lepszych wieści – ostatnie słowa prawie wyszeptała. Chciała objąć kuzynkę, ale też jednocześnie nie pragnęła przytłoczyć jej swoim zimnem. Potrzebowała – jeśli już – ciepła życia, nie chłodu śmierci, jaki od niej bił. Więc po prostu objęła się rękoma, zupełnie jakby powstrzymywała się przed rozsypaniem tu i teraz.