Ururu oczywiście nie miał zamiaru skorzystać z propozycji skracania imienia. Żył wciąż w społecznych zasadach minionego świata. Interakcji z współczesnymi ludźmi nie miał na tyle, by się to zmieniło. Być może, o ile im się poszczęści, Dora awansuje jeszcze dziś z panny Crawford na panną Dorotheę.
I o ile przeżyją.
Ururu śmiało wszedł do lasu prowadząc towarzyszkę za sobą. Rozglądał się i nasłuchiwał zagrożenia. Raz chyba dojrzał jakieś strzępy papieru poutykane w krzakach, ale nie tym mieli się zajmować. Marquez nie wiedział, czego szuka. Był ostrożny, ale brakowało mu czegoś. Wiedzy o ściółce leśnej i większego zaufania do Dory. Nie szli nawet obok siebie, bo ewidentnie przesuwał się do przodu. Jeśli kobieta w żaden sposób go nie ostrzegła, po prostu wpadł we wnyki, zasyczał z bólu... I zaczął się zastanawiać jak wyjaśni Dorze swój brak krwawienia. Bo czerwona... a raczej brunatna ciecz ściekać z rany mogła w tempie jednej kropelki na pięć minut.