— A ty jesteś jak róża z kolcami? Czy może raczej „skałą, którą kształtują wiatry przeznaczenia”? — Zaśmiał się w głos na to iście literackie porównanie. — Na pewno znajdą swoje miejsce. Wszyscy dalej odkrywamy swoje talenty. Spójrz na mnie. — Uśmiechnął się krzywo. — Całe życie przede mną. Teraz zupełnie nie wiem, kim mogę i kim chcę być.
Dlatego tak dobrze mu się żyło, gdy to inni ciągnęli go do bliżej nieokreślonego celu. Wierzenie Śmierciożerców były wystarczająco bliskie polityce jego rodziny, aby mógł je uznać za jego własne, a też nigdy nie widział się w roli pełnoprawnego lidera. Wolał doradzać z drugiego planu, podsyłać drobne sugestie, tudzież wyciągać informacje, o jakich nikt inny nie miał pojęcia. Czy jego taktyka może się okazać przydatna organizacji? Nie miał pojęcia, ale miał nadzieję, że tak. Pomimo tego, że akcja z ubiegłej nocy nie miała w sobie za grosz subtelności.
— Byłoby świetnie, gdybyśmy mieli jakąś miejscówkę. Restaurację lub bar — skomentował z cichym westchnieniem. — Mam wrażenie, że planowane spotkania w większym gronie rzadko kiedy mogą wypalić. W ciągu miesiąca tyle się może zmienić. Dobrze by było mieć miejsce, gdzie zawsze moglibyśmy spotkać kogoś ze swoich.
Takie miejsca były jednak rzadkie i niekoniecznie bezpieczne, gdyby chcieli faktycznie rozprawiać o rzeczach ważnych. Kluby pojedynków stworzone dla „wybranych”? Zawsze znajdzie się tam ktoś o poglądach promugolskich/ A popularne knajpy? Zero prywatności.
Następne wydarzenia potoczył się stosunkowo szybko. Na całe szczęście młoda dziewczyna dosyć szybko doszła do siebie i rozgadała się na temat swoich przeżyć. Skoro Bella zgodziła się zaprowadzić ocalałą na polaną, Rabastan ruszył wraz z nimi, a tam również dopisało im szczęście. Brat został ponownie złączony ze swą siostrą. Jak cudownie. I jeszcze na dodatek mieli na tyle dużo siły, aby na własną rękę wrócić na polanę. Jeszcze lepiej.
— Zgłoście się do wolontariuszy po powrocie — rzucił jeszcze na odchodne, gdy rodzeństwo zebrało się w sobie, aby ruszyć w dalszą drogę. Uśmiechnął się pokrzepiająco, machając za dziewczyną niezdarnie.
Nawet nie chodziło mu o to, aby poinformowali organizatorów o swoim powrocie ze względu na bliskich czy znajomych, z którymi się bawili. Skoro już nadarzyła się ku temu okazja, powinni zadbać o to, aby odpowiednio ich zapamiętano. Wprawdzie nie zrobili wiele, bo po prostu wysłuchali rozhisteryzowanej dziewczyny i zboczyli na moment z głównego szlaku, jednak zapadli im w pamięć. A to już mogło działać na ich korzyść.
— Ah, dobre myślenie — pochwalił Bellę, widząc, że ta zostawiła wstążkę na jednej z niższych gałęzi pobliskiego drzewa.
Wypadło mu to nieco z głowy, ale czy można go było za to winić? Z ich dwójki, to Black była bardziej kompetentna. Wprawdzie zajmowała się przede wszystkim czyszczeniem pamięci w pracy, jednak na pewno była lepiej rozeznana w procedurach, gdy występują tego typu „incydenty”. Rabastan w gruncie rzeczy był jedynie towarzyszem, cieniem, który działał jak dodatkowa para oczu i uszu.
— Myślałem, że będzie tu nieco gorzej — przyznał z zaskoczeniem. — Albo mamy niezwykłe szczęście, albo Śmierciożercy wcale nie wyrządzili tak wielkich szkód. — Zamilkł na chwilę, kontemplując tę możliwość. — Ciekawe, czy sam las jak się... bronił?
Ciężko było mu ubrać w słowa to, co miał na myśli. Powyrywane drzewa, namioty medyków, zrujnowane stoiska... To wszystko mu się nie dodawało z tym, co natknęli do tej pory. Przerażona para dzieciaków w ich wieku – okej, był w stanie zrozumieć, z czego wynikał ich stan. Ale ten potwór i fakt, że ścieżka nie była usłana rannymi i martwymi uczestnikami zabawy? Można było niemalże odnieść wrażenie, że to nie ludzie Czarnego Pana byli winni największym „stratom”, a działanie dzikiego wiatru, który zerwał się w nocy.
— Jesteś podenerwowana? — spytał, gdy zauważył dłoń Bellatriks zaciśniętą na jej różdżce. Dla pewności sam Lestrange również pewniej chwycił swój zaczarowany patyk. Strzeżonego Merlin strzeże. Czy coś w tym guście.
!E4