Zamrugał zdziwiony. Wprawdzie przeszło mu kiedyś przez myśl, że ktoś mógł maczać palce w tej przedziwnej przypadłości, z którą przyszło mu się zmagać, jednak do tej pory nikt nie próbował wyjaśnić tego w ten sposób. Może było w tym jakieś ziarnko prawdy?
— Ostatnio próbowałem przedstawić zbłąkanego poltergeista jako źródło tych wszystkich problemów — mruknął, wzdychając ciężko. — Chociaż ta klątwa zaczyna brzmieć coraz bardziej realnie.
Może, gdy przeminie ten jakże intensywny miesiąc, to faktycznie wybierze się do jakiegoś specjalisty? Wypadałoby zbadać sprawę, bo jak tak dalej pójdzie, to te incydenty mogą się przenieść wraz z nim na teren Ministerstwa Magii. A tam już nie będzie tak kolorowo. Współpracownicy by go zjedli żywcem, gdyby nagle się okazało, że stołówka eksplodowała w reakcji na jego obecność.
— Tylko komu mogłem aż tak bardzo nacisnąć na odcisk? — Zamyślił się na dłuższą chwilę. Wlepił w trakcie swojej kariery całą masę mandatów, w tym także w okolicy Doliny Godryka, gdyż i tutaj niekiedy były wysyłane patrole Brygady Uderzeniowej. Czy możliwe było, że to któryś z sąsiadów postanowił się zemścić za ubytek parunastu galeonów z konta za nieprawidłowy lot miotłą wśród przestworzy?
A może głupi żart dzieciaków?, pomyślał, starając się przypomnieć okres ostatnich ferii. W tych okolicach mieszkało sporo dzieciaków z rodzin czarodziejów, więc może narzucili na niego jakieś podstępne zaklęcie? Wątpił, aby to kuchnia w domu została przeklęta przez kogoś z zewnątrz. Skrzaty od razu by coś zauważyły, a magiczne zabezpieczenia poinformowałyby domowników, że nastąpiło wtargnięcie.
Wszystko wskazywało na to, że Erik musiał przyciągnąć to tałatajstwo z zewnątrz.
— Zastawmy okadzanie na termin po tym nieszczęsnym balu, dobrze? — Uśmiechnął się przymilnie, ostrożnie przekraczając próg i wchodząc do kuchni. — Nie chce martwić ludzi, że może ciążyć na mnie jakaś starożytna klątwa rzucona przez Merlin-jeden-wie-kogo. Kiedy już wszystko się uspokoi. to wrócimy do tego tematu. Przysięgam.
Poklepał się lekko w okolicy serca, jakby w ten sposób podpisał niematerialną umowę z panną Crawley. Na wzmiankę o niespodziewanych zaręczynach, do jakich miało dojść na balu, zamrugał z lekkim przestrachem. Przez jego głowę w ciągu sekundy przeleciało setki możliwych scenariuszy, w których coś mogło pójść nie tak. Funkcjonowali na niedoczasie, w jego oczach dopinali wszystko na ostatnią chwilę, a teraz jeszcze zaręczyny? Czy będą musieli przygotować jakąś przemowę gratulacyjną? Dobry Merlinie, całe szczęście, że nie wszystko było na jego głowie.
— Ciężko uwierzyć, ale w sumie dobrze dla nich. Jeśli się nie mylę, to trochę już trwają te ich podchody — parsknął cichym śmiechem. — W końcu ciężar organizacji wielkich wydarzeń kulturowych spadnie jeszcze na czyjeś barki. Możemy urządzać bale i bankiety co drugi tydzień, ale wesele, to jednak wesele. Podać ci coś do tego ciasta, czy wszystko masz?
Nie chciał stać, jak kołek, gdy dziewczyna urabiała sobie ręce po łokcie, jednak miał tę świadomość, że jeśli jego własne dłonie wejdą w kontakt z ciastem, może obrócić plany Dory w perzynę. W końcu kto wie, do jakiego incydentu mogłoby wtedy dojść?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞