Była inna. Można ją uznać za czarną owcę, przez te jej poglądy. Miała w sobie jednak również wiele z Yaxleyów. Zainteresowania, profesja - wiązały się z tym, co pokazał jej ojciec. Właściwie to dosyć zabawne, że ona - jedyna córka pałała się tym samym zajęciem co Gerard. W końcu przekazywał swoją wiedzę im wszystkim, jednak jej bracia nie chcieli zajmować się myślistwem zawodowo. Ironia losu, która wzbudzała w Jennifer przynajmniej na samym początku całą gamę negatywnych emocji. Szczególnie, że Ger odbyła staż w ministerstwie, miała tam zostać, ale stała posadka nie była w jej stylu. Wolała łapać się kolejnych zleceń, zwiedzać świat, być wiecznie w drodze - tak jak kiedyś jej ojciec. Mimo wszystko nie wszystko, co on reprezentował było dla niej tak istotne. Bardzo dobrze się złożyło, że już w Hogwarcie było jej dane trafić do innego domu, niż ten, gdzie znaleźli się jej bracia. Dzięki temu otworzyła się na dzieciaki różnego pochodzenia, z czasem stała się tą, która chroniła swoich kolegów mugolaków przed czystokrwistymi - mimo, że wiązało się to również z nieprzychylnymi komentarzami. Nie wzbudzało to w niej jednak strachu, wręcz przeciwnie - motywało do tego, aby się postawić, uwielbiała ryzyko od zawsze. Często specjalnie sama prowokowała, zamiast załagodzić sprawę. Kochała adrenalinę.
Szczerze mówiąc, to średnio obchodziło ją to, że czystokrwiści rezygnowali ze swoich stołków. Nie obchodziło jej to, kto pociągał za sznurki. Nie odczuwała żadnej różnicy.
- Jak sobie życzysz braciszku, twoje słowo jest dla mnie rozkazem. - Odparła jeszcze, a uśmiech pojawił się na jej twarzy. On chciał, żeby odpuściła. Poczuła się więc trochę wygrana w tej dyskusji, chociaż wcale tak nie było.
- Czym się różni groźba od ostrzeżenia? - Rzuciła pytanie w eter, chociaż wcale nie oczekiwała, że uzyska na nie odpowiedź. Wiedziała, czym są spowodowane jego słowa, jednak jakoś specjalnie się nimi nie przejęła.
- Nie spodziewałam się aż tak ogromnej troski z twojej strony. - Powiedziała, po czym podniosła się z fotela. Czuła, że to odpowiedni moment, aby się stąd ulotnić. - Kto wie, kiedy uderzy mnie strzała amora mój drogi, ponoć dzieje się to zupełnie przypadkowo. Czas na mnie, dziękuję za twe nieocenione towarzystwo. - Rzuciła jeszcze na odchodne, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę schodów, aby udać się do swojego pokoju.