Ach, tak. Obowiązki i zobowiązania pierworodnych. Coś, z czym Rabastan – na całe szczęście – nie miał wiele wspólnego. Była to jedna z rzeczy, jakich zupełnie nie zazdrościł bratu. W ich rodzinie to on musiał zawsze wychodzić przed szereg, próbować wszystkiego jako pierwszy, poniekąd wytyczać drogę dla młodszego brata. Musiał stać się poniekąd liderem przez to, że przyszedł na świat wcześniej. Być może to stąd u młodego Lestrange'a wzięła się niechęć do kierowania poczynaniami innych?
— Skądś się wzięły te legendy o „zaklętych zagajnikach”, które odpędzają nieproszonych gości — zauważył, rozglądając się coraz bardziej czujnie na boki. — Kto wie, co się zagnieździło w tej Kniei? Zostaje też kowen. Może się przygotowali jakoś na tę ewentualność.
Domysły, domysły i jeszcze raz domysły. Czym więcej mógł się podzielić z Bellą odnośnie do wydarzeń, które miały tu miejsce? Byli na tyle młodzi, że z tradycjami ich wiary mieli stosunkowo niewiele wspólnego. Większość świąt w magicznym świecie obchodzono, gdy oni byli zamknięci w Hogwarcie, a te nielicznie obchody, w których mogli uczestniczyć, jak chociażby Yule często wiązały się ze świętowaniem w gronie rodziny.
Komuś niezwiązanemu z Macmillanami trudno by było powiedzieć, jak bardzo kowen mógłby się zabezpieczyć przed podobnymi atakami. No i była też szansa na to, że kompletnie nikt nie wiedział, co właściwie się tutaj wydarzyło. Może Czarny Pan uchyli rąbka tajemnicy, gdy zostanie zebrane następne zebranie w pełnym gronie jego zwolenników? Może czeka nas kolejny manifest..., rozmarzył się Rabastan, aż nagle się zatrzymał, gdy jego towarzyszka ruszyła do przodu.
— Ugh — syknął przez zaciśnięte zęby, gdy zobaczył ciało czarodzieja. — Może sprawdź, czy oddycha, czy coś? — Przykląkł tuż za panną Black. — Dotknij nadgarstku albo gdzieś tu? — Przesunął palcem po swojej szyi, wskazując niewłaściwe miejsce. — Jesteśmy już dosyć głęboko w lesie, a on nie reaguje. — Skrzywił się, dotykając czubkiem różdżki boku czarodzieja. — Przepraszam?
Miał za swoje. Wypaplał jak zwykle! Już się nastawił na to, że nie natrafią w tej głuszy na nic tragicznego, a tu proszę – ciało. Rabastan przesunął różdżką wzdłuż boku mężczyzny, jakby licząc, że ten się wzdrygnie i w jakiś sposób wyrwie z otępienia. Tak się jednak nie stało, za to z kieszeni wypadł mu portfel z dokumentami. Nie chcąc dotykać przedmiotu własnymi rękami, Rabastan uniósł je w powietrze przy pomocy magii.
— Clath? Clatch? Nie, nie. Clutch, chyba tak? — Przekrzywił głowę, mrużąc lekko oczy. — Kojarzysz kogoś takiego? — Ponownie zerknął na mężczyznę. Był ubrany dosyć normalnie. Raczej nie był Śmierciożercą. Brak ciemnych szat i masek, jakimi szczycili się członkowie organizacji. Poza tym żaden zdrowo myślący sojusznik Czarnego Pana nie wziąłby ze sobą dowodu tożsamości na akcję. — Jakiś przypadkowy gość?
Wstał z ziemi, pozwalając Bellatriks dokonać dalszych oględzin. Poza tym zrobiło mu się trochę słabo od przyglądania się z tak blisko prawie-na-sto-procent-martwemu-człowiekowi. Odszedł na parę kroków. Powoli odczuwał, że ciężar leśnej wędrówki zaczyna odciskać na nim swoje piętro. Był leniem, ale miał też całkiem niezłą kondycję. Krążyli jednak po okolicy już kawał czasu. Niedługo będą musieli się zacząć wycofywać do obozu wolontariuszy.
— Nie powinniśmy iść bez niego — stwierdził oczywistą oczywistość. — Nie wiadomo, ile grup poszukiwawczych przygotowali. Możliwe, że nie będzie komu po niego wrócić. — Poklepał się po kieszeniach, aż wyjął małe czarne zawiniątko, które po otworzeniu okazało się workiem na zwłoki, który każdy poszukiwacz dostawał przed ruszeniem w trasę. — Chyba czas z tego skorzystać. — Ponownie się skrzywił, najwyraźniej niezbyt zadowolony z tego obrotu spraw. — Od razu mówię, że nie mam zamiaru go nieść. W grę wchodzi tylko lewitacja albo wrzucenie go na magiczne nosze.
Wbił twardy wzrok w pannę Black. Jeśli mieli zajść jeszcze dalej w las wraz z tym gościem, to musieli zacząć się posiłkować magią. Nawet jeśli czary nie byłyby do końca stabilne w obecnych okolicznościach, to było ich dwoje, czyż nie? A co dwie różdżki to nie jedna. Jeśli zaklęcie zacznie słabnąć, to druga osoba je wzmocni. Musieli sobie jakoś radzić w tych niesprzyjających warunkach. W końcu, najgorsze już chyba za nimi, prawda? Hehe... He. He. Yghym.