11.07.2023, 21:12 ✶
Rzuty na liczbę przeciwników i kogo zaatakuje błotoryj w pierwszej turze
– Dzięki Bogini… – westchnęła Brenna tylko, kiedy Victoria uświadomiła ją, że zginął tutaj królik, że nie zadano tej strasznej rany żadnemu człowiekowi. Wciąż jednak ktoś tędy uciekał – i ten ktoś albo wdepnął w tę krew i stąd zostawił czerwone ślady, albo i sam był ranny.
Kiedy Lestrange uświadomiła ją, że to błotoryj i że jest ich więcej, Brenna posłusznie zamarła. Musiała wyglądać dość głupio, stojąc w bezruchu, jak w grze Baba Jaga Patrzy, z wyciągniętą przed siebie ręką. A potem bardzo powoli przekręciła głowę i teraz… teraz, kiedy wiedziała już, czego szukać, na co patrzeć… dostrzegła to, czego nie potrafiła zobaczyć wcześniej.
Powinna była w szkole zapisać się na opiekę nad magicznymi stworzeniami.
– Kurwa – wyszeptała. – Cztery. Poza tym. Razem jest ich…
Nie zdążyła powiadomić Victorii o wyniku tego działania z wyższej matematyki, bo błotoryj numer pięć – albo jeden, w zależności jak liczyć – ten, który znalazł się najbliżej nich, przystąpił do działania. Nie pomogło ani zniżenie głosów, ani to, że żadna z nich nie wykonywała gwałtownych ruchów. Zwierzęta, być może rozzłoszczone wcześniej przez mugoli albo przez to coś, kogoś, kto wypłoszył je z poprzedniego siedliska, nie zamierzały po prostu leżeć i udawać kłód.
Błotoryj był duży, porośnięty trawą. I wbrew swoim rozmiarom, bardzo szybki. Chociaż gdy rzucił się w stronę Victorii, Brenna spróbowała wypalić w niego zaklęcie, umknął przed nim, szarżując na Lestrange: mogła jeszcze starać się uskoczyć na bok, aby uniknąć tego ataku, chociaż na czary nie pozostało już czasu.
Tymczasem kolejne kłody zaczęły się poruszać, otwierać oczy, ujawniać, że faktycznie w sumie było ich pięć. Poza tym już atakującym dwie na płyciźnie, na lewo od nich. Dwie kolejne na brzegu – jedna przed nimi, druga za nimi, tak że nawet gdyby chciały rzucić się do biegu, bezpieczna droga była jedna: w górę, po zboczu. A tylko ktoś bardzo sprawny fizycznie zdołałby się tam dostać bardzo szybko, nie ryzykując, że nie dopadną go zwierzęta. A było raczej jasne, że wszystkie szykują się do ataku.
Brenna machnęła różdżką, próbując wystrzelić snop ognia w kierunku tych błotoryjów, które próbowały wyleźć ku nim z wody. Nie znała się na takich zwierzętach, ale skoro lubiły wodniste środowisko, ogień zdawał się jej najlepszą odpowiedzią – a że brzeg był mokry, błotnisty, nie obawiała się, że efektem ubocznym zaklęcia może być przy okazji podpalenie Kniei.
Rzut na atak ogniem w dwa z pięciu błotoryjów.
Odkryj wiadomość pozafabularną
– Dzięki Bogini… – westchnęła Brenna tylko, kiedy Victoria uświadomiła ją, że zginął tutaj królik, że nie zadano tej strasznej rany żadnemu człowiekowi. Wciąż jednak ktoś tędy uciekał – i ten ktoś albo wdepnął w tę krew i stąd zostawił czerwone ślady, albo i sam był ranny.
Kiedy Lestrange uświadomiła ją, że to błotoryj i że jest ich więcej, Brenna posłusznie zamarła. Musiała wyglądać dość głupio, stojąc w bezruchu, jak w grze Baba Jaga Patrzy, z wyciągniętą przed siebie ręką. A potem bardzo powoli przekręciła głowę i teraz… teraz, kiedy wiedziała już, czego szukać, na co patrzeć… dostrzegła to, czego nie potrafiła zobaczyć wcześniej.
Powinna była w szkole zapisać się na opiekę nad magicznymi stworzeniami.
– Kurwa – wyszeptała. – Cztery. Poza tym. Razem jest ich…
Nie zdążyła powiadomić Victorii o wyniku tego działania z wyższej matematyki, bo błotoryj numer pięć – albo jeden, w zależności jak liczyć – ten, który znalazł się najbliżej nich, przystąpił do działania. Nie pomogło ani zniżenie głosów, ani to, że żadna z nich nie wykonywała gwałtownych ruchów. Zwierzęta, być może rozzłoszczone wcześniej przez mugoli albo przez to coś, kogoś, kto wypłoszył je z poprzedniego siedliska, nie zamierzały po prostu leżeć i udawać kłód.
Błotoryj był duży, porośnięty trawą. I wbrew swoim rozmiarom, bardzo szybki. Chociaż gdy rzucił się w stronę Victorii, Brenna spróbowała wypalić w niego zaklęcie, umknął przed nim, szarżując na Lestrange: mogła jeszcze starać się uskoczyć na bok, aby uniknąć tego ataku, chociaż na czary nie pozostało już czasu.
Tymczasem kolejne kłody zaczęły się poruszać, otwierać oczy, ujawniać, że faktycznie w sumie było ich pięć. Poza tym już atakującym dwie na płyciźnie, na lewo od nich. Dwie kolejne na brzegu – jedna przed nimi, druga za nimi, tak że nawet gdyby chciały rzucić się do biegu, bezpieczna droga była jedna: w górę, po zboczu. A tylko ktoś bardzo sprawny fizycznie zdołałby się tam dostać bardzo szybko, nie ryzykując, że nie dopadną go zwierzęta. A było raczej jasne, że wszystkie szykują się do ataku.
Brenna machnęła różdżką, próbując wystrzelić snop ognia w kierunku tych błotoryjów, które próbowały wyleźć ku nim z wody. Nie znała się na takich zwierzętach, ale skoro lubiły wodniste środowisko, ogień zdawał się jej najlepszą odpowiedzią – a że brzeg był mokry, błotnisty, nie obawiała się, że efektem ubocznym zaklęcia może być przy okazji podpalenie Kniei.
Rzut na atak ogniem w dwa z pięciu błotoryjów.
Rzut PO 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
B. nr 1: szarżuje na Victorię
B. nr 2: poruszył się parę metrów przed nimi
B. nr 3: poruszył się parę metrów za nimi
B. nr 4 i 5: szykują się do ataku z wody w pobliżu dziewczyn, Bren próbuje walnąć je ogniem
B. nr 2: poruszył się parę metrów przed nimi
B. nr 3: poruszył się parę metrów za nimi
B. nr 4 i 5: szykują się do ataku z wody w pobliżu dziewczyn, Bren próbuje walnąć je ogniem
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.