11.07.2023, 23:46 ✶
Ludzie reagowali różnie na takie wieści.
Brenna miała dobrą, chociaż nie absolutną pamięć. Jej wspomnienia zacierały się, ale były pośród nich i takie, które zapisywały się w głowie z zadziwiającą ostrością. Pośród nich - szkliste spojrzenie babki Potter, gdy dowiedziała się o śmierci dziadka. Wrzask pełen rozpaczy kobiety, dowiadującej się od Brygadzistki, że znaleziono jej syna. Dziki atak szału mężczyzny, którego brata znaleziono na Mokradłach. Cicha rozpacz o wiele zbyt młodej wdowy...
Niedowierzające spojrzenie Danielle, jej pytania, to wszystko też trafiło do tej szkatułki pełnej nieprzyjemnych wspomnień. I przez chwilę tak bardzo pragnęła być gdziekolwiek, byle nie tutaj. Ale musiała stać właśnie tutaj, w tym pomieszczeniu, u boku kuzynki, nie w Kniei, nie w Biurze, nie w domu. I powinna się cieszyć, szaleć z radości, że sama miała tak ogromne szczęście – jej rodzice, jej brat, żyli. Patrzyła na Danielle, próbując znaleźć właściwe słowa i nie potrafiła – może dlatego, że właściwe słowa nie istniały, nie w takiej sytuacji.
– Nie udało się nam z nim porozmawiać osobiście – przyznała. W tym chaosie znalezienie pojedynczej osoby, wbrew pozorom, wcale nie było łatwe. – Ale z tego, co dziś dowiedziałyśmy się na Polanie… zdaje się… że śmierciożerca zrobił coś, przez co ten uciekł.
Brenna nie miała pojęcia, co: nie zdołała osobiście porozmawiać z towarzyszem Derwina, relację otrzymała z drugiej ręki, być może przekręconą, niepełną, ubarwioną. Jej sens pozostawał jednak niezmienny, w ostatecznym rozrachunku Longbottom pozostał na placu boju w pojedynkę. Nie mogła teraz oceniać, czy ten człowiek uciekł, bo był tchórzem, bo nie miał już sił walczyć, czy może rzucono na niego jakiś czar, który zmusił do ucieczki – wiedziała za mało.
Złość na niego, być może niesprawiedliwa, miała pojawić się dopiero później. Kiedy do Brenny w pełni dotrze, co się stało.
– Dziadka… – zaczęła i zacięła się. Wolną rękę uniosła do szyi, jakby miała nadzieję, że dotyk pozwoli pozbyć się guli w gardle, przecisnąć przez krtań kolejne słowa. – Wezwano… aby przeprowadził identyfikację. A tata posłał nas do was.
Może i mieli tę szansę jedną na milion, że ta identyfikacja nie przebiegnie pomyślnie, a raczej „niepomyślnie”, ale nie mogli się oszukiwać, że to coś zmieni. Nie, gdy wszystko składało się w jedną historię. Był na polanie, walczył na polanie, a potem znikł.
Brenna miała dobrą, chociaż nie absolutną pamięć. Jej wspomnienia zacierały się, ale były pośród nich i takie, które zapisywały się w głowie z zadziwiającą ostrością. Pośród nich - szkliste spojrzenie babki Potter, gdy dowiedziała się o śmierci dziadka. Wrzask pełen rozpaczy kobiety, dowiadującej się od Brygadzistki, że znaleziono jej syna. Dziki atak szału mężczyzny, którego brata znaleziono na Mokradłach. Cicha rozpacz o wiele zbyt młodej wdowy...
Niedowierzające spojrzenie Danielle, jej pytania, to wszystko też trafiło do tej szkatułki pełnej nieprzyjemnych wspomnień. I przez chwilę tak bardzo pragnęła być gdziekolwiek, byle nie tutaj. Ale musiała stać właśnie tutaj, w tym pomieszczeniu, u boku kuzynki, nie w Kniei, nie w Biurze, nie w domu. I powinna się cieszyć, szaleć z radości, że sama miała tak ogromne szczęście – jej rodzice, jej brat, żyli. Patrzyła na Danielle, próbując znaleźć właściwe słowa i nie potrafiła – może dlatego, że właściwe słowa nie istniały, nie w takiej sytuacji.
– Nie udało się nam z nim porozmawiać osobiście – przyznała. W tym chaosie znalezienie pojedynczej osoby, wbrew pozorom, wcale nie było łatwe. – Ale z tego, co dziś dowiedziałyśmy się na Polanie… zdaje się… że śmierciożerca zrobił coś, przez co ten uciekł.
Brenna nie miała pojęcia, co: nie zdołała osobiście porozmawiać z towarzyszem Derwina, relację otrzymała z drugiej ręki, być może przekręconą, niepełną, ubarwioną. Jej sens pozostawał jednak niezmienny, w ostatecznym rozrachunku Longbottom pozostał na placu boju w pojedynkę. Nie mogła teraz oceniać, czy ten człowiek uciekł, bo był tchórzem, bo nie miał już sił walczyć, czy może rzucono na niego jakiś czar, który zmusił do ucieczki – wiedziała za mało.
Złość na niego, być może niesprawiedliwa, miała pojawić się dopiero później. Kiedy do Brenny w pełni dotrze, co się stało.
– Dziadka… – zaczęła i zacięła się. Wolną rękę uniosła do szyi, jakby miała nadzieję, że dotyk pozwoli pozbyć się guli w gardle, przecisnąć przez krtań kolejne słowa. – Wezwano… aby przeprowadził identyfikację. A tata posłał nas do was.
Może i mieli tę szansę jedną na milion, że ta identyfikacja nie przebiegnie pomyślnie, a raczej „niepomyślnie”, ale nie mogli się oszukiwać, że to coś zmieni. Nie, gdy wszystko składało się w jedną historię. Był na polanie, walczył na polanie, a potem znikł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.