12.07.2023, 20:38 ✶
W spojrzeniu Danielle widziała odbicie siebie. Tak jak i kuzynka – sama również wypierała fakt, iż wujek nie żył. Że spotkała go w Limbo. W zasadzie nie tylko spotkała – stał się częścią jej samej i powoli, małymi krokami, w końcu się z tym godziła.
Bo jaki inny miała wybór?
Nie dało się zaprzeczać prawdzie w nieskończoność – ta pozostawała nieubłaganie niezmienna i żadne podejmowane działania nie były w stanie zmienić faktów, których nie dało się podważyć. Tak, walczył. Tak, nie dawał znaku życia. Tak, znaleźliby go już dawno. Tak, nawet jeśli dziadek nie rozpoznałby syna w przedstawionym mu ciele, to nie oznaczało, że istniała szansa na to, by nadal znajdował się wśród nich.
Zbyt wiele czasu już upłynęło.
I w końcu: tak, naprawdę nie dało się dłużej wypierać tego, co stało się w limbo. To nie był sen. Klątwa – jak najbardziej realna. Zimno – prawdziwe, ze zwykłego snu by się nie wzięło. Tak, wbrew pozorom: ludzie znikali ot tak. W jednej chwili byli, a za moment okazywało się, że ich życie zostało zdmuchnięte, niczym świeczka.
Brutalne? Tak.
Prawdziwe? Również tak.
Przymknęła na chwilę oczy, zbierając się w sobie. Słowa. Słowa. Z jednej strony ich treść wydawała się być nierealna, absurdalna wręcz (no bo właśnie – dopiero co był i.. już? To koniec? Mają nigdy go nie zobaczyć, nie zamienić z nim słowa, wymienić choćby uśmiechu?), z drugiej – czuła ciężar każdego. Zarówno wypowiadanego przez Brennę, jak i Danielle.
Och, Dani, tak mi przykro, że muszę zgasić ostatni promyczek nadziei, jeśli jeszcze jakiś ci został…
- Nawet jeśli… jeśli... – odetchnęła głębiej. Tak, mogła nie pierwszy raz przekazywać takie wieści, co nie czyniło tego ani odrobinę łatwiejszym. To nigdy nie było proste i przyjemne zadanie, a tym razem okazywało się o wiele bardziej niewdzięczne, bo nie dotyczyło nieznanych osób, tylko rodziny – Nawet jeśli okaże się, że to nie wujka znaleźli, to... – zawahała się. Zaczęła już mówić, owszem, ale może jednak należało zmilczeć? Może…? Nie, wszelkie wątpliwości musiały zostać rozwiane – Jestem coraz bardziej pewna, że go tam widziałam. W Limbo – część prawdy. Bo przecież nie tylko widziała, prawda?
Bo jaki inny miała wybór?
Nie dało się zaprzeczać prawdzie w nieskończoność – ta pozostawała nieubłaganie niezmienna i żadne podejmowane działania nie były w stanie zmienić faktów, których nie dało się podważyć. Tak, walczył. Tak, nie dawał znaku życia. Tak, znaleźliby go już dawno. Tak, nawet jeśli dziadek nie rozpoznałby syna w przedstawionym mu ciele, to nie oznaczało, że istniała szansa na to, by nadal znajdował się wśród nich.
Zbyt wiele czasu już upłynęło.
I w końcu: tak, naprawdę nie dało się dłużej wypierać tego, co stało się w limbo. To nie był sen. Klątwa – jak najbardziej realna. Zimno – prawdziwe, ze zwykłego snu by się nie wzięło. Tak, wbrew pozorom: ludzie znikali ot tak. W jednej chwili byli, a za moment okazywało się, że ich życie zostało zdmuchnięte, niczym świeczka.
Brutalne? Tak.
Prawdziwe? Również tak.
Przymknęła na chwilę oczy, zbierając się w sobie. Słowa. Słowa. Z jednej strony ich treść wydawała się być nierealna, absurdalna wręcz (no bo właśnie – dopiero co był i.. już? To koniec? Mają nigdy go nie zobaczyć, nie zamienić z nim słowa, wymienić choćby uśmiechu?), z drugiej – czuła ciężar każdego. Zarówno wypowiadanego przez Brennę, jak i Danielle.
Och, Dani, tak mi przykro, że muszę zgasić ostatni promyczek nadziei, jeśli jeszcze jakiś ci został…
- Nawet jeśli… jeśli... – odetchnęła głębiej. Tak, mogła nie pierwszy raz przekazywać takie wieści, co nie czyniło tego ani odrobinę łatwiejszym. To nigdy nie było proste i przyjemne zadanie, a tym razem okazywało się o wiele bardziej niewdzięczne, bo nie dotyczyło nieznanych osób, tylko rodziny – Nawet jeśli okaże się, że to nie wujka znaleźli, to... – zawahała się. Zaczęła już mówić, owszem, ale może jednak należało zmilczeć? Może…? Nie, wszelkie wątpliwości musiały zostać rozwiane – Jestem coraz bardziej pewna, że go tam widziałam. W Limbo – część prawdy. Bo przecież nie tylko widziała, prawda?