Rozważał pierwszą jej część wypowiedzi przez chwilę. O nieuchronności śmierci już się namyślał wiele razy. Ale nad próbą jej złapania?
— Miałaś kiedyś kontakt z kimś, kto dopiero co um-... — przerwał na dźwięk dzwonu. Zwrócił wzrok w stronę domu, ale dostrzegł spojrzenie Cynthii. — Będą go chować.
Wstał ociężale i poczekał na towarzyszkę, by wrócić do środka. Tam musieli się rozstać, gdyż reszta rodziny szybko wypchnęła ją na przód procesji. Trumna Edwarda została zamknięta do dźwięków szlochu i melodii granej na fletach. Pochód otwierała dziewczynka o kruczoczarnych włosach i brązowych oczach — typowy fenotyp rodziny Sue. Na ramieniu trzymała orła. Za nią unosiła się trumna, wokół której szli grajkowie. Następni byli rodzice i rodzeństwo Edwarda oraz Cynthia z ojcem i bratem. Potem cała reszta.
Przemarsz zakończył się na rodzinnym cmentarzu. Był to krótko przystrzyżony trawnik z typowymi amerykańskimi nagrobkami. Martin miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Na jednym krańcu cmentarza stał kamienny ołtarz. Za nim, okryta czarnymi welonami, siedziała jakaś postać. Gdy pochód zbliżył się do niej, a trumna spoczęła na ołtarzu, wstała. Cynthia mogła po raz pierwszy zobaczyć głowę rodziny — Mary Sue. Kobieta miała ponad 100 lat. Zmarszczki na jej bladym ciele były delikatne, niczym koronka. Platynowe włosy upięte były w fantazyjną fryzurę. Każdy jej ruch był pełen gracji. Cynthia szybko mogła dość do wniosku, że kobiecie w żyłach płynęła krew wili. I to w wysokim stężeniu. W oczy rzucał się też kontrast jej wyglądu do całej reszty zebranych. Jedynie osoby niezrodzone w rodzinie miały inny kolor włosów niż kruczoczarny. Mary tak bardzo nie przypominała swoich potomków. Oprócz jednego. Spojrzenia. Niemal wszyscy, bez względu na wiek, mieli spojrzenie tryskające życiem. Martin z pewnością był tu wyjątkiem.
Trumna otworzyła się. Mary Sue odebrała orła od dziewczynki i wypowiedziała głośno kilka słów w nieznanym Cynthii języku. Martin przypomniał sobie. Spuścił tylko wzrok. Zapomniał ostrzec Cynthię o kolejnym dziwnym zwyczaju rodzinnym. Orzeł wzbił się w powietrze i zatoczył koło nad zebranymi. Wylądował na Edwardzie i bezceremonialnie wbił dziób w jego pierś. Z tłumu dało się słyszeć kilka zduszonych okrzyków. Większość nie zdawała się być poruszona. Orzeł zjadł coś z piersi Edwarda — być może było to serce — i odleciał. Babka Sue zanurzyła palec w ranie. Wsadziła go do ust.
— Z krwi mojej pochodzisz i do krwi mojej wrócisz — powiedziała niezbyt głośno, ale stojąca blisko Cynthia usłyszała ją.
Trumna zamknęła się. Muzyka znów zaczęła grać. Pochód, tym razem bez dziewczynki i orła, ruszył w stronę odpowiedniego nagrobka. Tam spoczęła trumna. Tak jak w tradycji brytyjskich czarodziejów, ostatnie łoże Edwarda zostało pochłonięte w podziemia sprytnym zaklęciem. Na kamieniu rozbłysło jego imię oraz data urodzenia i śmierci. Tłum zaczął się rozchodzić. Zostali tylko grajkowie i najbliższa rodzina. Ojciec i brat Cynthii nie do końca wiedzieli, gdzie iść i chyba czekali na ruch córki.
Martin spacerował wokół nagrobków.
Link