Jazgot, ponieważ należało nazywać rzeczy po imieniu, który generował Sauriel był wystarczająco dobrą alternatywą dla dźwięku sędziowskiego młotka. Należało się jednak zastanowić co było gorsze z tych dwóch możliwości - wkurwiony Rookwood czy dziwny las. Gdyby nie fakt, że ze zdenerwowanym osobnikiem - bo to chyba najlepsze określenie - zna się nie od dziś to najpewniej wybrałby ten przeklęty las. W kwestii mazgajenia się łatwo było powiedzieć ale dużo trudniej zrobić. Stanley może i był po części wypaczony z pewnych uczuć ale nadal pozostawał człowiekiem, który się bał czy miał jakieś marzenia, a jednym z nich nie była śmierć podczas Beltane w 1972 roku czy skazanie w Wizengamocie.
O ile "psem" był już kilka dobrych lat, tak w momencie pociągnięcia za ramię, poczuł się jak mały szczeniak, którego matka wyciąga na spacer. W tej chwili wcale mu to jednak nie przeszkadzało. Zmysły młodego brygadzisty płatały teraz figle, nie współpracowały z nim, a przede wszystkim oszukiwały, nic więc dziwnego, że Borgin całkowicie oddał swoje życie w ręce przyjaciela - licząc, że ten nie pozwoli aby stała mu się krzywda.
Na słowa o zwłokach Charliego Chaplina stanął niczym wryty w ziemię. Co to ma kurwa wspólnego z naszym położeniem? Zastanawiał się, próbując połączyć te chore kropki. Czy to była jakaś sugestia, której nie do końca rozumiał? Albo może właśnie miał tego nie rozumieć? Czy była to sprytna zagrywka Sauriela, która miała skonfundować go na tyle aby jego mózg nie był w stanie przetwarzać strachu płynącego z lasu? Bo jeżeli tak - to pełen sukces, dopiął swego.
- Dobra. Masz rację. Dam radę - zapewnił mężczyznę, przełykając ciężko ślinę - Mogę spróbować ale cała magia działa dziwnie odkąd pojawiła się ta wichura - poinformował Rookwooda, nie wiedząc czy ten ma o tym pojęcie czy jednak nie. Sama walka z Harper Moody nie należała do najprostszych pod koniec potyczki. Czary działały jakby... nie tak? - Ruszajmy - kiwnął głową na zgodę i zebrał się do truchtu. Boląca kostka nie była niczym przyjemnym i wcale nie pomagała w ucieczce w bezpieczne miejsce. Z grymasem pod maską ruszył w kierunku w którym prowadził go jego rycerz na czarnym koniu... bo na biały nie zasługiwał - w końcu nosił czarną szatę... I był srogo popierdolony ale to tylko sprawiało, że jeszcze bardziej cenił sobie z nim przyjaźń - Kurwa mać... Gówno nie działa. Nie przeteleportujemy się - wycedził przez maskę, nie szczędząc słów. Wszystko co mogło iść nie tak - właśnie szło.
Po kilku, bądź kilkunastu metrach dostrzegł kogoś w ministerialnych mundurze - te poznałby wszędzie, sam je przecież nosił - Maska... - rzucił do przyjaciela, ponieważ nie chciał być jednym z brygadzistów, którzy musieliby go kiedyś aresztować. Gdyby stanęli na przeciwko siebie w innej scenerii, mogłoby być trochę nie zręcznie, zwłaszcza kiedy mieliby udawać, że się wzajemnie nie znają - Co z nim robimy? Nie puści nas od tak - zapytał zwalniając, a następnie przechodząc do szybkiego chodu. Moment później wykierował różdżkę przed siebie w kierunku ministerialnej zguby. Dobry cruciatus nigdy nie był zły ale nie chciał wychodzić przed szereg. Dwóch na jednego to był jak najbardziej uczciwy pojedynek - Crucio? - zaproponował z ewidentnie weselszym głosem. Cierpienie było przyjemne dopóki nie było sprawianie nam samym i Stanley bardzo dobrze o tym wiedział. Jego przyjaciel raczej preferował tajne sztuki wudżitsu ale należało się zastanowić czy mistrz Sauriela nie polecił unikać mu niepotrzebnych walek, wszak na świecie i tak jest wystarczająco dużo kalek.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972