13.07.2023, 23:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2023, 23:10 przez Brenna Longbottom.)
– Prawda? – mruknęła Brenna, wciąż spoglądając w niewielkie okno pracowni Jenkinsa.
Miewała problemy z instynktem samozachowawczym. Ale w rodzinnym domu wbito jej do głowy już dawno temu: Longbottomowie nie grają solo. Samotne wilki zwykle ginęły szybko, i prawdziwa siła leżała w stadzie. Wprawdzie przyprowadzanie całej sfory na Nokturn też nie byłoby najlepszym pomysłem, ale już druga osoba mogła się tutaj przydać.
– Nie, nie. Inaczej. Ja uśmiechnę się ładnie, ty będziesz łapała za fraki i szczerzyła kły – pouczyła ją Brenna, również odrobinę żartobliwie. Bo Brenna nie umiała być straszna. Przynajmniej nie do momentu, w którym rzucała się już komuś do gardła. Miała sympatyczną twarz, nie potrafiła robić min, nawet kiedy bardzo chciała kogoś zabić, nie otaczała jej nieprzyjemna atmosfera. Takie sztuczki znacznie lepiej wychodziły Mavelle.
Za to Brenna nieco lepiej potrafiła podchodzić ludzi, przekonując ich, że właściwie to chce dla nich wszystkiego, co najlepsze.
Żart więc żartem, ale… była w tym odrobina prawdy. W zabawie w dobrego i złego glinę, zwykle to Brenna grała tego pierwszego.
– Jasne. Żadnego skradania, w końcu nie przyszłyśmy go aresztować – mruknęła, chociaż rękę trzymała tak, by w razie potrzeby błyskawicznie sięgnąć po różdżkę. Ruszyła do wejścia – skrzypiące drzwi były otwarte i wpuściły je na niewielki, bardzo brudny i bardzo zaśmiecony kawałeczek podwórka, z którego wchodziło się do trzech klatek. Brenna skręciła w jedną z nich, a potem po schodkach skierowała się wprost do lokum Jenkinsa, leżącego na wysokim parterze. Zapukała, raz, drugi, trzeci, ale nikt nie odpowiadał. Zmarszczyła brwi, trochę zaskoczona. To nie tak, że nie spodziewała się żadnych problemów, ale mężczyzna prowadził tutaj interes, więc zasadniczo wpuszczał do środka ludzi, a one nie miały wypisanego na czole, że są Brygadzistkami. (Brenna dbała o szczegóły do tego stopnia, że nawet buty, jakie założyła, były najstarszymi i najtańszymi, jakie posiadała. Takich jak one, często na Nokturnie zdradzało obuwie…)
– Jenkins?! Przyszłyśmy od Leona! – zawołała, rzecz jasna kłamiąc wierutnie i podając nazwisko ot jednego z zielarzy z okolicy, bo przyszła od Morgana. I Jenkins pewnie w kłamstwie łatwo by się zorientował, gdyby zaczął zadawać jakieś pytania, ale na razie żadne nie padły…
Zamek w końcu szczeknął, akurat w momencie, w którym Brenna zaczęła rozważać inne scenariusze, włącznie z tym, jakie będą miały kłopoty za próbę włamania. Pomiędzy framugą a skrajem drzwi ukazała się blada, podłużna twarz Archibalda.
– Za… zamówień… nie realizuję – wykrztusił. – Idźcie… do kogoś innego.
– Co? – oburzyła się Brenna. Przez głowę przeszła jej nieprzyjemna myśl, że być może jednak zapas Szkiele Wzro nie wyszedł mu dlatego, że oddał go śmierciożercy. Może chodziło o coś bardziej prozaicznego. – Znowu skończył ci się towar? Chyba nie cały, co? Potrzebujemy tylko środka na gnomy ogrodowe, nic wielkiego – powiedziała, a przyszło jej to głównie dlatego, że kupowała taki środek całkiem niedawno właśnie na Nokturnie.
– N…nie mam. Idźcie s-stąd.
– Świetnie – sarknęła, przewracając oczami. – Dobra, to chociaż poradź, u kogo dostaniemy ten środek? W sumie przydałoby się też Szkiele Wzro…
Wzmianka o Szkiele Wzro chyba sprawiła, że Jenkins się zdenerwował, spróbował drzwi zatrzasnąć Brennie przed nosem. Stopa, wsunięta między nie a futrynę, temu zapobiegła: te odskoczyły, otworzyły się nieco szerzej i ujawniły fragment pomieszczenia. A także kogoś, kto stał, do tej pory poza zasięgiem widoku.
Brenna błyskawicznie pojęła dwie rzeczy.
Po pierwsze, znała tę twarz: ze zdjęć. Prawdopodobnie nie był śmierciożercą (jego krew była na to o wiele "za brudna"). Ale gość był poszukiwany w ich Departamencie za napaść, a podejrzewano także, że maczał palce z zabójstwie.
Po drugie, celował w drzwi różdżką. Albo przyszedł po coś do Jenkinsa, albo ten go ukrywał – i zapewne kazał spławić gości, a na wszelki wypadek trzymał różdżkę w pogotowiu…
Brenna gwałtownym ruchem uchyliła się, wpadając przy tym na kuzynkę. Zaklęcie oszałamiające zamiast w jej głowę, trafiło we framugę. Brenna sięgnęła natychmiast po własną różdżkę – a to samo zrobił Jenkins…
Miewała problemy z instynktem samozachowawczym. Ale w rodzinnym domu wbito jej do głowy już dawno temu: Longbottomowie nie grają solo. Samotne wilki zwykle ginęły szybko, i prawdziwa siła leżała w stadzie. Wprawdzie przyprowadzanie całej sfory na Nokturn też nie byłoby najlepszym pomysłem, ale już druga osoba mogła się tutaj przydać.
– Nie, nie. Inaczej. Ja uśmiechnę się ładnie, ty będziesz łapała za fraki i szczerzyła kły – pouczyła ją Brenna, również odrobinę żartobliwie. Bo Brenna nie umiała być straszna. Przynajmniej nie do momentu, w którym rzucała się już komuś do gardła. Miała sympatyczną twarz, nie potrafiła robić min, nawet kiedy bardzo chciała kogoś zabić, nie otaczała jej nieprzyjemna atmosfera. Takie sztuczki znacznie lepiej wychodziły Mavelle.
Za to Brenna nieco lepiej potrafiła podchodzić ludzi, przekonując ich, że właściwie to chce dla nich wszystkiego, co najlepsze.
Żart więc żartem, ale… była w tym odrobina prawdy. W zabawie w dobrego i złego glinę, zwykle to Brenna grała tego pierwszego.
– Jasne. Żadnego skradania, w końcu nie przyszłyśmy go aresztować – mruknęła, chociaż rękę trzymała tak, by w razie potrzeby błyskawicznie sięgnąć po różdżkę. Ruszyła do wejścia – skrzypiące drzwi były otwarte i wpuściły je na niewielki, bardzo brudny i bardzo zaśmiecony kawałeczek podwórka, z którego wchodziło się do trzech klatek. Brenna skręciła w jedną z nich, a potem po schodkach skierowała się wprost do lokum Jenkinsa, leżącego na wysokim parterze. Zapukała, raz, drugi, trzeci, ale nikt nie odpowiadał. Zmarszczyła brwi, trochę zaskoczona. To nie tak, że nie spodziewała się żadnych problemów, ale mężczyzna prowadził tutaj interes, więc zasadniczo wpuszczał do środka ludzi, a one nie miały wypisanego na czole, że są Brygadzistkami. (Brenna dbała o szczegóły do tego stopnia, że nawet buty, jakie założyła, były najstarszymi i najtańszymi, jakie posiadała. Takich jak one, często na Nokturnie zdradzało obuwie…)
– Jenkins?! Przyszłyśmy od Leona! – zawołała, rzecz jasna kłamiąc wierutnie i podając nazwisko ot jednego z zielarzy z okolicy, bo przyszła od Morgana. I Jenkins pewnie w kłamstwie łatwo by się zorientował, gdyby zaczął zadawać jakieś pytania, ale na razie żadne nie padły…
Zamek w końcu szczeknął, akurat w momencie, w którym Brenna zaczęła rozważać inne scenariusze, włącznie z tym, jakie będą miały kłopoty za próbę włamania. Pomiędzy framugą a skrajem drzwi ukazała się blada, podłużna twarz Archibalda.
– Za… zamówień… nie realizuję – wykrztusił. – Idźcie… do kogoś innego.
– Co? – oburzyła się Brenna. Przez głowę przeszła jej nieprzyjemna myśl, że być może jednak zapas Szkiele Wzro nie wyszedł mu dlatego, że oddał go śmierciożercy. Może chodziło o coś bardziej prozaicznego. – Znowu skończył ci się towar? Chyba nie cały, co? Potrzebujemy tylko środka na gnomy ogrodowe, nic wielkiego – powiedziała, a przyszło jej to głównie dlatego, że kupowała taki środek całkiem niedawno właśnie na Nokturnie.
– N…nie mam. Idźcie s-stąd.
– Świetnie – sarknęła, przewracając oczami. – Dobra, to chociaż poradź, u kogo dostaniemy ten środek? W sumie przydałoby się też Szkiele Wzro…
Wzmianka o Szkiele Wzro chyba sprawiła, że Jenkins się zdenerwował, spróbował drzwi zatrzasnąć Brennie przed nosem. Stopa, wsunięta między nie a futrynę, temu zapobiegła: te odskoczyły, otworzyły się nieco szerzej i ujawniły fragment pomieszczenia. A także kogoś, kto stał, do tej pory poza zasięgiem widoku.
Brenna błyskawicznie pojęła dwie rzeczy.
Po pierwsze, znała tę twarz: ze zdjęć. Prawdopodobnie nie był śmierciożercą (jego krew była na to o wiele "za brudna"). Ale gość był poszukiwany w ich Departamencie za napaść, a podejrzewano także, że maczał palce z zabójstwie.
Po drugie, celował w drzwi różdżką. Albo przyszedł po coś do Jenkinsa, albo ten go ukrywał – i zapewne kazał spławić gości, a na wszelki wypadek trzymał różdżkę w pogotowiu…
Brenna gwałtownym ruchem uchyliła się, wpadając przy tym na kuzynkę. Zaklęcie oszałamiające zamiast w jej głowę, trafiło we framugę. Brenna sięgnęła natychmiast po własną różdżkę – a to samo zrobił Jenkins…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.