Nawet nie pomyślał, że z jego garderobą było coś nie tak. W końcu nie rebelia wzywała go do porzucania konwenansów i dobrych obyczajów, a zwyczajna obojętność.
Historię “drogiej przyjaciółki” chciał wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim. Prawdę mówiąc nie odróżniał większości osób, o których rozmawiano wokół niego. Siatka bezimiennych krążyła po umyśle splatana nićmi powiązań z nazwiskami, gdyż te miały większe znaczenie niż poszczególne indywidua. Brak zainteresowań otoczeniem nie owocował zupełną ignorancją. Martin był pragmatyczny, wiedział, na co warto zwracać uwagę, a role społeczne się w to wliczały.
”Szczytny cel”. Jakże łatwo było bogaczom znaleźć wymówkę do marnotrawienia pieniędzy na hulanki. Lekka pogarda spłynęła wraz z gryzem kiełbaski, by strawić się w soku żołądkowym nie mniej kwaśnym niż rewelacje mamusi. “Ich” obecność oznaczała rodziców wraz z ukochanym synem. Gdyby miała na myśli tylko siebie i ojca, temat nie zostałby poruszony.
Przeżuwanie kolejnego gryza opóźniało odpowiedź. Spojrzenie wbite gdzieś w róg stołu, umysł tkał koło ratunkowe.
— Czy to na pewno konieczne? — Westchnął ociężale. Co prawda już nie pochylano się nad nim jak nad biednym wdowcem, lecz perspektywa obnażania swej egzystencji w towarzystwie była nieciekawa w każdym względzie. I to jeszcze u Longbottomów… Nieduży metraż, mało miejsc by się schować. Nawet jeśli wynajęli lokal problem pozostawał. Temperatura nie zachęcała jeszcze do przyjęć na świeżym powietrzu, a takowe były jedynymi, jakie znosił.
— Nikt nawet nie zauważy mojej nieobecności.
Była to najprawdziwsza prawda, ale kobieta z pewnością złamie i ten argument.