Wzruszył lekko ramionami. To samo można by było powiedzieć o widmowidzeniu jego siostry, jednak jej dar nie raz nie dwa wspomógł ich w chwilach, gdy trop się urywał. Gdyby nie to, Erik pewnie byłby podobnego zdania co Darcy. Mając jednak pewne doświadczenie z darami tego typu, musiał dopuszczać do siebie myśl, że ci, co „widzieli więcej” mogli mieć informacje niedostępne dla zwykłych czarodziejów.
— W stu procentach nie jestem w stanie tego potwierdzić, jednak... Nie, nie sądzę, żeby to była jego robota. Przynajmniej nie bezpośrednio — stwierdził po dłuższej chwili zamyślenia. — Jeśli chcemy być pedantyczni, to określiłby to „konsekwencjami jego działań”. Żywioł nie obrał strony, a atakował, kogo popadnie.
Oczywiście, była taka możliwość, że wichurę przywołały zaklęcia Czarnego Pana, a ten miał w poważaniu bezpieczeństwo swoich zwolenników. Sądząc po tym, że nikt nawet nie pokwapił się, aby próbować odbić rannego Śmierciożercę, lojalność nie była koncepcją wybitnie bliską tym ludziom. Z drugiej jednak strony...
Atak na polanę wydawał się nie być po prostu brutalnym starciem, a czymś zaplanowanym. Wiatr mógł równie dobrze pokrzyżować plany Śmierciożerców, jak im pomóc. Zostawała też kwestia Macmillanów i środków ochronnych, które mógł zastosować kowen bez wiedzy Ministerstwa Magii. Tego jednak media nie musiały wiedzieć. Najpierw powinno się tym zająć Ministerstwo lub... inne siły.
— Moja własna — odparł sucho. — Chociaż przy odrobinie dobrej woli, stanowisko Ministerstwa Magii będzie dosyć zbliżone do mojego. Przydałoby nam się trochę jedności w tych ciężkich czasach.
Poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Czy była to odpowiedzialna decyzja? Wątpił w to, aby ktokolwiek w domu ją pochwalił. To było jak zaproszenie Śmierciożerców pod drzwi rodzinnej fortecy. Czy jednak nie wystosowali podobnych listów wystarczająco dużo? Cały ród był już zapewne od dawna na celowniku. Przyjęcie Crawleyów, udzielenie azylu Charlesowi-Julesowi, praca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, otwarte głoszenie poglądów pro-mugolskich... Chociaż nie wszystkie te informacje były powszechnie znane, tak publiczny obraz Longbottomów nie przedstawiał ich jako potencjalnych sojuszników Czarnego Pana.
— Za długo stali na uboczu — odparł, uważnie ważąc słowa. — Może i informacje na temat ich działań, wymuszeń, porwań trafiały do gazet, tak w pewnym momencie nawet to powszednieje, prawda? Sam pan dobrze wie. — Uśmiechnął się ponuro. — Ciężko sprzedać po raz dziesiąty tę samą opowieść o czarownicy mugolskiego pochodzenia zaatakowanej w drodze do domu, czy ataku na drobne przedsiębiorstwo na Pokątnej, prawda? A to — wskazał na pobojowisko — jest doskonałym sygnałem. Wprowadzili chaos. Pokazali się. Tegoroczna Ostara była nadzwyczaj spokojna, a Beltane? Katastrofa.
Wziął głęboki oddech. Nie wspinał się obecnie na szczyty swojej elokwencji, jednak liczył, że jego słowa nie zostaną przeinaczone na jego niekorzyść. Ba, po raz pierwszy w życiu miał nadzieję, że dziennikarze dodadzą coś od siebie i sprawią, że jego monolog faktycznie zabrzmi, jak coś, co mogłoby poruszyć głowy i serca czytelników.
— Krótko mówiąc – ich celem było zastraszenie społeczeństwa. Wszyscy zastanowią się dwa razy, zanim wybiorą się na kolejne święto. To nieco podłe, nie sądzi pan? — Zerknął na Lockharta z lekkim zaciekawieniem. — Wiara w Matkę jest dość bliska czarodziejom, a sabaty w gruncie rzeczy organizuje kowen. Tym atakiem postanowiono nam odebrać kolejny aspekt naszej tożsamości. Dla kapłanów kowenu to pewnie niemalże bluźnierstwo.
Westchnął ciężko. Może źle robił, biorąc udział w tym wywiadzie. Może powinien odczekać, aż opadnie kurz po bitwie, aż Moody i Bones ustalą konkretny plan działania, a Ministra Magii wygłosi orędzie. Gdy będą mieli więcej informacji od kowenu, gdy przesłuchają Śmierciożercę, który trafił w ich ręce. Nie potrafił się jednak powstrzymać. Był sfrustrowany, ale przede wszystkim chciał, aby inni czarodzieje zobaczyli ten konflikt z jego perspektywy.
— Czy cokolwiek na tym zyskaliśmy? — rzucił ni stąd ni zowąd Erik, poniekąd przechodząc do kolejnej kwestii. — Na pewno pokazaliśmy, że nawet jeśli rzuca się nam wyzwanie, to potrafimy się pozbierać. Wystarczy spojrzeć na obóz. Pracownicy św. Munga, wolontariusze, pracownicy Ministerstwa Magii, mieszkańcy Doliny Godryka — wyliczał kolejne grupy ludzi, którzy przybyli z pomocą na polanę. — Jeśli pośród tych zniszczeń można być z czegoś dumnym, to z tego, że nie zapomnieliśmy jeszcze o sobie nawzajem. Może i wiszą nad nami czarne chmury, ale dalej możemy im skutecznie przeciwdziałać.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞