04.11.2022, 05:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2022, 05:38 przez Dora Crawford.)
Prawdę powiedziawszy, miała wrażenie, że z każdą kolejną godziną przybliżającą ich do balu, prace przygotowawcze w rezydencji wcale nie malały. A przecież pozbywali się mebli, ustawiali je na odpowiednich miejscach, dostosowywali przestrzeń do ilości oczekiwanych gości i doprowadzali do końca ostatnie rzeczy w kuchni. Można było też powiedzieć, że Dora z Brenną szły w konkury o to, która uwinie się z większą ilością rzeczy. W tym wszystkim dodatkowo uwijał się jeszcze Erik, Mavelle i ktokolwiek jeszcze rezydował akurat w domu. Prawdę powiedziawszy, Dora sama się już w tym wszystkim gubiła. Popołudnie jednak okazało się zakończyć sukcesem, pozostawiając wszystkim odpowiednio dużo czasu na przygotowanie się do samej imprezy.
Zwyczajowe spódnice i bluzki, ustąpiły miejsca welurowej sukience o barwie kobaltu, co podkreślało błękit jej tęczówek. Oprócz tego założyła też buty na niskim obcasie, w których poruszała się nad wyraz lekko i zgrabnie. Trzeba było jej też oddać, że udało jej się zachować ubiór we wręcz nienagannym stanie, unikając wszelkich pułapek czających się w kuchni, do której zajrzała jeszcze parę razy przed przybyciem gości, tak na wszelki wypadek.
Wreszcie też, pomieszczenia rezydencji zaczęły się powoli zapełniać.
Brenna błyszczała, witając gości, jak przystało na dobrą gospodynię, Erik szokował swoim gładkim obliczem, próbując jej w tym pomóc, a Dora, podobnie z resztą jak Mavelle, poruszała się po sali, próbując pozostać w zasięgu wzroku gospodarzy, gdyby tylko musiała w czymś pomóc.
Z braku laku - przyglądała się napływającej ludzkiej masie. Część z twarzy, które się w niej pojawiały, nawet kojarzyła. Były to te osoby, które z takich czy innych powodów bywały w do Longbottomów. W końcu jednak jej spojrzenie trafiło na twarz o wiele bardziej znajomą i przyjazną. I wyglądającą po prostu okropnie.
- Nie - powiedziała cicho, celując w Cedrica dyskretnie palcem, kiedy zagrodziła mu drogę zaledwie po paru krokach jakie zrobił od wejścia. Była jak ten ostatni bastion, dzielący go od katastrofy - Nie ma w ogóle takiej mowy - rzuciła zaraz, wychylając się za niego i jakby sprawdzając, czy faktycznie jest sam - Gdzie Danny? - spojrzenie obróciło się w drugą stronę, w kierunku większego skupiska ludzi, ale szybko powróciła do Lupina. Potrząsnęła głową, jakby chcąc odrzucić natrętną myśl - Nieważne. Chodź. Nie możesz tak tutaj paradować - machnęła na niego dłońmi, poganiając w kierunku schodów. Mówiła cicho, chcąc jak najbardziej ograniczyć przypadkowych słuchaczy, którzy byliby świadkiem tej katastrofy. Dopiero kiedy znaleźli się na piętrze, zaczęła mówić normalnie.
- Mam tylko nadzieję, że Brenna cię nie zauważyła, bo inaczej dostałaby tam zawału - podeszła do jednych z drzwi i machnęła na Cedrica ręką, by się streszczał.
Wnętrze częściowo było pokryte bielą prześcieradeł. Niektóre z mebli zostały nimi przykryte, co było częstą praktyką w posiadłościach i nieużywanych pomieszczeniach. Stało w nim też parę kufrów i odsłonięta szafa, do której też podeszła. Zwykli chować tam nieużywane ubrania, które nie znajdowały miejsca w innych szafach. Przez chwilę w niej grzebała.
- Tutaj, proszę. Przebierz się - wyciągnęła w jego stronę rękę z o wiele bardziej wyględniejszym ubiorem, czyli jednym z wyjściowych ubrań Erika, które jej zdaniem powinny pasować na Lupina. - Powiedz też jak skończysz - to powiedziawszy, odwróciła się, odwracając do niego plecami i chociaż udając, że Mung pozostawił w niej jakieś resztki przyzwoitości. Cecily, która dołączyła do nich w międzyczasie, nie miała takich skrupułów.
Samo ubranie Longbottoma leżało na nim nad wyraz dobrze, a przynajmniej wyglądało o niebo lepiej jak wymięte i znoszone ubranie szpitalne. Nie pachniało też chorobą i eliksirami. A to samo w sobie było już ogromnym sukcesem.
Zwyczajowe spódnice i bluzki, ustąpiły miejsca welurowej sukience o barwie kobaltu, co podkreślało błękit jej tęczówek. Oprócz tego założyła też buty na niskim obcasie, w których poruszała się nad wyraz lekko i zgrabnie. Trzeba było jej też oddać, że udało jej się zachować ubiór we wręcz nienagannym stanie, unikając wszelkich pułapek czających się w kuchni, do której zajrzała jeszcze parę razy przed przybyciem gości, tak na wszelki wypadek.
Wreszcie też, pomieszczenia rezydencji zaczęły się powoli zapełniać.
Brenna błyszczała, witając gości, jak przystało na dobrą gospodynię, Erik szokował swoim gładkim obliczem, próbując jej w tym pomóc, a Dora, podobnie z resztą jak Mavelle, poruszała się po sali, próbując pozostać w zasięgu wzroku gospodarzy, gdyby tylko musiała w czymś pomóc.
Z braku laku - przyglądała się napływającej ludzkiej masie. Część z twarzy, które się w niej pojawiały, nawet kojarzyła. Były to te osoby, które z takich czy innych powodów bywały w do Longbottomów. W końcu jednak jej spojrzenie trafiło na twarz o wiele bardziej znajomą i przyjazną. I wyglądającą po prostu okropnie.
- Nie - powiedziała cicho, celując w Cedrica dyskretnie palcem, kiedy zagrodziła mu drogę zaledwie po paru krokach jakie zrobił od wejścia. Była jak ten ostatni bastion, dzielący go od katastrofy - Nie ma w ogóle takiej mowy - rzuciła zaraz, wychylając się za niego i jakby sprawdzając, czy faktycznie jest sam - Gdzie Danny? - spojrzenie obróciło się w drugą stronę, w kierunku większego skupiska ludzi, ale szybko powróciła do Lupina. Potrząsnęła głową, jakby chcąc odrzucić natrętną myśl - Nieważne. Chodź. Nie możesz tak tutaj paradować - machnęła na niego dłońmi, poganiając w kierunku schodów. Mówiła cicho, chcąc jak najbardziej ograniczyć przypadkowych słuchaczy, którzy byliby świadkiem tej katastrofy. Dopiero kiedy znaleźli się na piętrze, zaczęła mówić normalnie.
- Mam tylko nadzieję, że Brenna cię nie zauważyła, bo inaczej dostałaby tam zawału - podeszła do jednych z drzwi i machnęła na Cedrica ręką, by się streszczał.
Wnętrze częściowo było pokryte bielą prześcieradeł. Niektóre z mebli zostały nimi przykryte, co było częstą praktyką w posiadłościach i nieużywanych pomieszczeniach. Stało w nim też parę kufrów i odsłonięta szafa, do której też podeszła. Zwykli chować tam nieużywane ubrania, które nie znajdowały miejsca w innych szafach. Przez chwilę w niej grzebała.
- Tutaj, proszę. Przebierz się - wyciągnęła w jego stronę rękę z o wiele bardziej wyględniejszym ubiorem, czyli jednym z wyjściowych ubrań Erika, które jej zdaniem powinny pasować na Lupina. - Powiedz też jak skończysz - to powiedziawszy, odwróciła się, odwracając do niego plecami i chociaż udając, że Mung pozostawił w niej jakieś resztki przyzwoitości. Cecily, która dołączyła do nich w międzyczasie, nie miała takich skrupułów.
Samo ubranie Longbottoma leżało na nim nad wyraz dobrze, a przynajmniej wyglądało o niebo lepiej jak wymięte i znoszone ubranie szpitalne. Nie pachniało też chorobą i eliksirami. A to samo w sobie było już ogromnym sukcesem.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.