16.07.2023, 17:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2023, 20:12 przez Brenna Longbottom.)
Brenna prawdopodobnie miała całkiem dobre życie. Przynajmniej do niedawna. Chwilowo jednak też jej dzień, tydzień i miesiąc niekoniecznie mogłyby rywalizować o miano tych najlepszych, za to byłyby bardzo wysoko w kwalifikacji tych najgorszych. Ostatnie dni upływały pod oznaką żałoby, zmartwienie o trzy kuzynki i brata, nadmiaru pracy, kiedy próbowała wykonywać obowiązki za trzy osoby – a to i tak było za mało, a także poddenerwowania, którego źródłem jak uznała, nie był jednak Voldemort. (I zaczęła aż szukać informacji o eliksirach, bo nawiedziła ją myśl, że może na sabacie i ona upiła się amortencją, tylko jakaś bardziej podstępną, za to trwalszą jej wersją.)
Miała więc dziś za sobą o wiele zbyt długi dyżur, i o wiele zbyt długie spotkanie, przełożone już i tak trzykrotnie, od którego wreszcie nie mogła się wymigać. Do Dziurawego Kotła, o tej porze dość zatłoczonego, weszła nietypowo dla siebie zirytowana.
I już od progu przekonała się o dwóch rzeczach.
Po pierwsze, informatora i dostawcy zarazem, z którym miała się spotkać, jeszcze nie było, chociaż pojawiła się dokładnie o umówionej godzinie.
Po drugie, jakiś gość właśnie podszedł do jednego ze stolików i postanowił dać w mordę drugiemu. W jej oczach nie wyglądało to przecież jak porachunki dwójki „kumpli”, a ktoś atakujący przypadkową osobę w barze. Zwłaszcza, że najbliżsi klienci już zaczęli podrywać się od stolików, a ze dwóch nawet sięgnęło po różdżki i choć nie interweniowali, sytuacja miała potencjał awansować do „wielkiej katastrofy”, jeżeli jeden z nich spróbuje, spudłuje i rozpęta tu małe piekło…
Zazwyczaj Brenna przyjmowała wszystkie tego typu wydarzenia z filozoficznym spokojem, jako absolutnie normalne traktując rzeczy takie jak spadanie do dziur, w których kryły się czarnomagiczne księgi, wygrzebywanie z bocznych alejek naćpanych czymś znajomych czy listy wzywające ją natychmiast do pojawienia się na drugim końcu kraju. Tym razem gdzieś jej przez głowę przeszła myśl dlaczegokurwaznowuja. Dlaczego ze wszystkich barów w całym Londynie umówiła się tutaj, o dokładnie tej godzinie, i dokładnie tę porę ktoś postanowił wybrać sobie na okładanie jednego z bywalców…
Chciała tylko usiąść, poczekać na Teddy’ego i wypić w tym czasie kawę. Naprawdę, naprawdę bardzo potrzebowała kawy.
Nie była już na służbie. Po prawdzie po cholernym spotkaniu w interesach, wyglądała bardziej jakby miała zaraz zawisnąć na ramieniu jakiegoś bogatego dżentelmena niż wdawać się w bójki – strój nieprzyzwoicie drogi, fryzura nie a la Brenna, bo wyjątkowo ułożona i podtrzymujące tę spinki, warte zapewne tyle, co jej pół wypłaty. Nie była pewna, nie pytała, bo stanowiły prezent. (Do obrazka nie pasował ślad na łuku brwiowym, jakby parę dni temu go rozwaliła - w istocie stało się to przedwczoraj, ale magia już prawie to zaleczyła - i trochę siniaków na ręce.) Mogłaby nie reagować, dać sobie spokój, ale tak jakby Brenna chyba nigdy nie przyjęła do końca idei bycia „poza służbą”, czy to szło o Brygadę, czy o Zakon…
- Hej! Brygada Uderzeniowa! Spokój! – zawołała, rzucając się ku Saurielowi. Biedny właściciel pubu, miał tutaj ostatnio aż za wiele tego typu przygód. Jakby nie mogli wyjść i pobić się w jakiejś ciemnej alejce. Gotowa próbować zablokować kolejny cios, gdyby taki padł, czy ku niej, czy Williamowi.
Było to mądre? Zapewne niekoniecznie, bo chłopak wyglądał jak ktoś, komu bójki nie są obce. Ale gdyby Brenna była mądra, to wiele lat temu trafiłaby zapewne do Ravenclawu, nie do Gryffindoru, który tylko utrwalił jej idiotyczne zapędy.
Aktywność fizyczna, ewentualnie blokowanie.
Miała więc dziś za sobą o wiele zbyt długi dyżur, i o wiele zbyt długie spotkanie, przełożone już i tak trzykrotnie, od którego wreszcie nie mogła się wymigać. Do Dziurawego Kotła, o tej porze dość zatłoczonego, weszła nietypowo dla siebie zirytowana.
I już od progu przekonała się o dwóch rzeczach.
Po pierwsze, informatora i dostawcy zarazem, z którym miała się spotkać, jeszcze nie było, chociaż pojawiła się dokładnie o umówionej godzinie.
Po drugie, jakiś gość właśnie podszedł do jednego ze stolików i postanowił dać w mordę drugiemu. W jej oczach nie wyglądało to przecież jak porachunki dwójki „kumpli”, a ktoś atakujący przypadkową osobę w barze. Zwłaszcza, że najbliżsi klienci już zaczęli podrywać się od stolików, a ze dwóch nawet sięgnęło po różdżki i choć nie interweniowali, sytuacja miała potencjał awansować do „wielkiej katastrofy”, jeżeli jeden z nich spróbuje, spudłuje i rozpęta tu małe piekło…
Zazwyczaj Brenna przyjmowała wszystkie tego typu wydarzenia z filozoficznym spokojem, jako absolutnie normalne traktując rzeczy takie jak spadanie do dziur, w których kryły się czarnomagiczne księgi, wygrzebywanie z bocznych alejek naćpanych czymś znajomych czy listy wzywające ją natychmiast do pojawienia się na drugim końcu kraju. Tym razem gdzieś jej przez głowę przeszła myśl dlaczegokurwaznowuja. Dlaczego ze wszystkich barów w całym Londynie umówiła się tutaj, o dokładnie tej godzinie, i dokładnie tę porę ktoś postanowił wybrać sobie na okładanie jednego z bywalców…
Chciała tylko usiąść, poczekać na Teddy’ego i wypić w tym czasie kawę. Naprawdę, naprawdę bardzo potrzebowała kawy.
Nie była już na służbie. Po prawdzie po cholernym spotkaniu w interesach, wyglądała bardziej jakby miała zaraz zawisnąć na ramieniu jakiegoś bogatego dżentelmena niż wdawać się w bójki – strój nieprzyzwoicie drogi, fryzura nie a la Brenna, bo wyjątkowo ułożona i podtrzymujące tę spinki, warte zapewne tyle, co jej pół wypłaty. Nie była pewna, nie pytała, bo stanowiły prezent. (Do obrazka nie pasował ślad na łuku brwiowym, jakby parę dni temu go rozwaliła - w istocie stało się to przedwczoraj, ale magia już prawie to zaleczyła - i trochę siniaków na ręce.) Mogłaby nie reagować, dać sobie spokój, ale tak jakby Brenna chyba nigdy nie przyjęła do końca idei bycia „poza służbą”, czy to szło o Brygadę, czy o Zakon…
- Hej! Brygada Uderzeniowa! Spokój! – zawołała, rzucając się ku Saurielowi. Biedny właściciel pubu, miał tutaj ostatnio aż za wiele tego typu przygód. Jakby nie mogli wyjść i pobić się w jakiejś ciemnej alejce. Gotowa próbować zablokować kolejny cios, gdyby taki padł, czy ku niej, czy Williamowi.
Było to mądre? Zapewne niekoniecznie, bo chłopak wyglądał jak ktoś, komu bójki nie są obce. Ale gdyby Brenna była mądra, to wiele lat temu trafiłaby zapewne do Ravenclawu, nie do Gryffindoru, który tylko utrwalił jej idiotyczne zapędy.
Aktywność fizyczna, ewentualnie blokowanie.
Rzut Z 1d100 - 11
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.