16.07.2023, 22:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2023, 23:08 przez Mavelle Bones.)
Cokolwiek się właśnie stało – to chyba nie mogła już trafić na gorszy moment z tym mdleniem. No dobrze, mogła, gdyby odbywała się powtórka z Beltane i cały ten chaos – ale wciąż, takie atrakcje na ten dzień bynajmniej nie zostały przewidziane.
I nie były też pożądane.
Nie była pewna, jak długo pozostawała bez świadomości, nawet nie wiedziała, dlaczego tak naprawdę leży na podłodze, której czasy czystości prawdopodobnie bezpowrotnie minęły. Do świadomości przedzierały się jakieś krzyki, huki, wszystko to jednak było dość bardzo odległe… aż w końcu zrozumiała, że to nie są żadne majaki z pogranicza snu i jawy, tylko to wszystko dzieje się naprawdę. Że nie tkwi w przedziwnym śnie, a na Nokturnie, przyszła tu przecież z Brenną…
… z Brenną…
Gdzie była Brenna?
Myśl ta otrzeźwiła lepiej niż najlepsze sole trzeźwiące, jakie istniały i kiedykolwiek mogły zaistnieć. Wystarczyło już niewielkie uchylenie powiek, żeby się zorientować, że różdżka i owszem, wypadła z dłoni, jak najbardziej, na szczęście jednak nie potoczyła się daleko, trzeba było tylko się wyciągnąć najszybciej jak potrafiła, złapać i…
… tak, kuzynka nie wyparowała, wciąż tu była, walczyła. I – na ile Mav udało się zauważyć – znalazła się teraz w jeszcze większym niebezpieczeństwie, bo teraz za plecami miała Harolda, a mężczyzna wyciągał różdżkę…
… nie zastanawiała się, zadziałała instynktownie. Tak, ostrość wzroku jeszcze nie w pełni wróciła, jakieś mroczki latały, ryzykowała, że trafi Brennę, ale jeszcze większym ryzykiem było, iż Longbottom oberwie. Oszałamiacz pomknął, chybił, trafił we framugę (chwała niech będzie Pani Księżyca, że nie w towarzyszkę!); głuche warknięcie wydobyło się z piersi Bones, gdy miotnęła kolejnym czarem. Grube zwoje liny owinęły się wokół Harolda, zupełnie jakby był szynką szykowaną do wędzenia, unieruchomiając go – i uniemożliwiając, póki co, wypuszczenie zaklęcia.
- Ja pierdolę – wychrypiała, zbierając się z podłogi. W skroni jeszcze pulsowało, nogi nie zdawały się być jeszcze zbyt pewne, więc i niedziwne, że wolną ręką starała się jeszcze podeprzeć o ścianę. Przynajmniej ta nie powinna nagle runąć, uniemożliwiając tym samym podparcie się.
Zamrugała, usiłując się zorientować na nowo w sytuacji. Było ich dwóch – jednego właśnie związała, a drugi…?
zauroczenie
kształtowanie
I nie były też pożądane.
Nie była pewna, jak długo pozostawała bez świadomości, nawet nie wiedziała, dlaczego tak naprawdę leży na podłodze, której czasy czystości prawdopodobnie bezpowrotnie minęły. Do świadomości przedzierały się jakieś krzyki, huki, wszystko to jednak było dość bardzo odległe… aż w końcu zrozumiała, że to nie są żadne majaki z pogranicza snu i jawy, tylko to wszystko dzieje się naprawdę. Że nie tkwi w przedziwnym śnie, a na Nokturnie, przyszła tu przecież z Brenną…
… z Brenną…
Gdzie była Brenna?
Myśl ta otrzeźwiła lepiej niż najlepsze sole trzeźwiące, jakie istniały i kiedykolwiek mogły zaistnieć. Wystarczyło już niewielkie uchylenie powiek, żeby się zorientować, że różdżka i owszem, wypadła z dłoni, jak najbardziej, na szczęście jednak nie potoczyła się daleko, trzeba było tylko się wyciągnąć najszybciej jak potrafiła, złapać i…
… tak, kuzynka nie wyparowała, wciąż tu była, walczyła. I – na ile Mav udało się zauważyć – znalazła się teraz w jeszcze większym niebezpieczeństwie, bo teraz za plecami miała Harolda, a mężczyzna wyciągał różdżkę…
… nie zastanawiała się, zadziałała instynktownie. Tak, ostrość wzroku jeszcze nie w pełni wróciła, jakieś mroczki latały, ryzykowała, że trafi Brennę, ale jeszcze większym ryzykiem było, iż Longbottom oberwie. Oszałamiacz pomknął, chybił, trafił we framugę (chwała niech będzie Pani Księżyca, że nie w towarzyszkę!); głuche warknięcie wydobyło się z piersi Bones, gdy miotnęła kolejnym czarem. Grube zwoje liny owinęły się wokół Harolda, zupełnie jakby był szynką szykowaną do wędzenia, unieruchomiając go – i uniemożliwiając, póki co, wypuszczenie zaklęcia.
- Ja pierdolę – wychrypiała, zbierając się z podłogi. W skroni jeszcze pulsowało, nogi nie zdawały się być jeszcze zbyt pewne, więc i niedziwne, że wolną ręką starała się jeszcze podeprzeć o ścianę. Przynajmniej ta nie powinna nagle runąć, uniemożliwiając tym samym podparcie się.
Zamrugała, usiłując się zorientować na nowo w sytuacji. Było ich dwóch – jednego właśnie związała, a drugi…?
zauroczenie
Rzut N 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana
kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!