16.07.2023, 23:27 ✶
Mavelle ocknęła się w samą porę. Inaczej Brenna jak nic oberwałaby jakąś paskudną klątwą. Nie miała szans zareagować: nie, kiedy siedziała, kopnęła właśnie Jenkinsa, i wciąż była częściowo oszołomiona od upadku, a Harold znalazł się za jej plecami. Nie zdążyłaby się odwrócić.
Na całe szczęście, chociaż Bones straciła przytomność w najgorszym momencie, to odzyskała ją w najlepszym. Mężczyzna, wyklinając głośno, padł z hukiem na ziemię tuż obok Brenny, a ta - bardziej wiedziona odruchem niż świadomą myślą - natychmiast porwała jego różdżkę.
- Ja pierdolę i jasny szlag - wykrztusiła, po czym przesunęła się po podłodze. Wciąż klęcząc wycelowała w Jenkinsa, leżącego na dole, by odnowić zaklęcie wiążące. Nie odważyła się próbować wstać, nie od razu. Kręciło się jej w głowie, a krew zalewała twarz i co gorsza oko. Rozcięcie łuku brwiowego nie było głębokie ani groźne, ale szczypało jak jasny szlag i mocno krwawiło. A wszystkie jej poobijane kości i siniaki na rękach, nogach oraz żebrach wygrywały wspólnie melodię bólu. Nie miała stu procentowej pewności, że jeżeli teraz nie wstanie, to nie zemdleje.
- Co wy tu wyprawiacie?!!! KURWA MAĆ! JA WAS POZABIJAM! - Jeden z sąsiadów postanowił najwyraźniej wreszcie wychynąć, chyba przekonawszy się, że walka dobiegła końca. Nie celował jednak w nie różdżką. Brenna przymknęła oczy, bo wrzask odbijał się echem w jej głowie.
Wiedziała, że czeka ją bardzo, bardzo dużo roboty papierkowej. I wyjaśnień, na przykład czy zrzucenie Jenkinsa ze schodów było absolutnie konieczne, i czy nie dało się uniknąć zniszczenia mienia - jakby to ona rozwaliła tę podłogę, a nie sam mężczyzna...
Sięgnęła do kieszeni i cisnęła w sąsiada sakiewką. Były tam tylko sykle, nie trzymałaby majątku na wierzchu na Nokturnie, ale liczyła, że to wystarczy, aby przynajmniej chwilowo nie wściekał się o zniszczenia.
- To sprawy Brygady, wynocha, chyba że chcesz zeznawać - wycedziła, i tym razem wyjęła odznakę. Nie musiała dwa razy powtarzać, ledwo błysnął charakterystyczny herb, drzwi się zamknęły. Sakiewka oczywiście znikła razem z sąsiadem.
Nie zapadła jednak cisza. Jenkins łkał. Harold przeklinał. A Brenna poczołgała się po podłodze ku kuzynce, chwilowo ignorując to wszystko: spływającą jej po twarzy krew, dwóch związanych mężczyzn, rozwaloną podłogę. Wpatrywała się w Mavelle - jednym okiem, bo lewe musiała przymknąć - upewniając się, że ta jest cała, zdrowa, że nic jej nie jest. Strach, jaki odczuła, gdy uświadomiła sobie, że Bones straciła przytomność, wcale nie odpłynął. Wciąż wił się gdzieś we wnętrzu Brenny, mroził od środka. Ten chłód był znacznie gorszy niż ból w poobijanym ciele.
Bo teraz już widziała wyraźnie, że czar nie trafił Mavelle. Uderzył w balustradę. Kobieta zemdlała... ot tak, po prostu, po chwili zawieszenia, wpatrywania się w przestrzeń... jak tamtego dnia na polanie...
Czy to limbo upominało się o tę, która została z niego wyrwana?
- Mav... - zaczęła i zacięła się. - Mav, już dobrze? Co tu się stało, do cholery?
Na całe szczęście, chociaż Bones straciła przytomność w najgorszym momencie, to odzyskała ją w najlepszym. Mężczyzna, wyklinając głośno, padł z hukiem na ziemię tuż obok Brenny, a ta - bardziej wiedziona odruchem niż świadomą myślą - natychmiast porwała jego różdżkę.
- Ja pierdolę i jasny szlag - wykrztusiła, po czym przesunęła się po podłodze. Wciąż klęcząc wycelowała w Jenkinsa, leżącego na dole, by odnowić zaklęcie wiążące. Nie odważyła się próbować wstać, nie od razu. Kręciło się jej w głowie, a krew zalewała twarz i co gorsza oko. Rozcięcie łuku brwiowego nie było głębokie ani groźne, ale szczypało jak jasny szlag i mocno krwawiło. A wszystkie jej poobijane kości i siniaki na rękach, nogach oraz żebrach wygrywały wspólnie melodię bólu. Nie miała stu procentowej pewności, że jeżeli teraz nie wstanie, to nie zemdleje.
- Co wy tu wyprawiacie?!!! KURWA MAĆ! JA WAS POZABIJAM! - Jeden z sąsiadów postanowił najwyraźniej wreszcie wychynąć, chyba przekonawszy się, że walka dobiegła końca. Nie celował jednak w nie różdżką. Brenna przymknęła oczy, bo wrzask odbijał się echem w jej głowie.
Wiedziała, że czeka ją bardzo, bardzo dużo roboty papierkowej. I wyjaśnień, na przykład czy zrzucenie Jenkinsa ze schodów było absolutnie konieczne, i czy nie dało się uniknąć zniszczenia mienia - jakby to ona rozwaliła tę podłogę, a nie sam mężczyzna...
Sięgnęła do kieszeni i cisnęła w sąsiada sakiewką. Były tam tylko sykle, nie trzymałaby majątku na wierzchu na Nokturnie, ale liczyła, że to wystarczy, aby przynajmniej chwilowo nie wściekał się o zniszczenia.
- To sprawy Brygady, wynocha, chyba że chcesz zeznawać - wycedziła, i tym razem wyjęła odznakę. Nie musiała dwa razy powtarzać, ledwo błysnął charakterystyczny herb, drzwi się zamknęły. Sakiewka oczywiście znikła razem z sąsiadem.
Nie zapadła jednak cisza. Jenkins łkał. Harold przeklinał. A Brenna poczołgała się po podłodze ku kuzynce, chwilowo ignorując to wszystko: spływającą jej po twarzy krew, dwóch związanych mężczyzn, rozwaloną podłogę. Wpatrywała się w Mavelle - jednym okiem, bo lewe musiała przymknąć - upewniając się, że ta jest cała, zdrowa, że nic jej nie jest. Strach, jaki odczuła, gdy uświadomiła sobie, że Bones straciła przytomność, wcale nie odpłynął. Wciąż wił się gdzieś we wnętrzu Brenny, mroził od środka. Ten chłód był znacznie gorszy niż ból w poobijanym ciele.
Bo teraz już widziała wyraźnie, że czar nie trafił Mavelle. Uderzył w balustradę. Kobieta zemdlała... ot tak, po prostu, po chwili zawieszenia, wpatrywania się w przestrzeń... jak tamtego dnia na polanie...
Czy to limbo upominało się o tę, która została z niego wyrwana?
- Mav... - zaczęła i zacięła się. - Mav, już dobrze? Co tu się stało, do cholery?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.