17.07.2023, 08:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2023, 09:05 przez Brenna Longbottom.)
William uciekł - dobrze. Sauriel za to pechowo dla Brenny bardzo łatwo poradził sobie z próbą unieruchomienia, która zresztą - prawdopodobnie - była bardzo głupia.
Zdołał bez problemu wykręcić rękę Brygadzistki, a nawet złapać ją za podbródek. A ona wykręciła się wprawdzie, na tyle, by nie pozwolić, aby cios trafił dokładnie tam, gdzie chciał, co zapewne gdyby było w pełni udane całkowicie pozbawiłoby Brennę tchu, ale już odepchnął ją bez większego problemu.
Ku jej zdziwieniu nie rzucił się jednak ani w pościg za zaatakowanym mężczyzną, ani nie skoczył na nią z podobną furią, jak wcześniej na niego - a już szykowała się do przemiany w wilka, uznając, że tylko to pozwoli nie dać się tutaj pobić do nieprzytomności, a może do śmierci. Nie rzuciła się więc na niego i ona, wyszarpnęła tylko różdżkę z kieszeni.
Dopiero teraz ból zaczął w pełni do niej docierać. Przede wszystkim twarzy, bo tam oberwała naprawdę mocno, nie zdołała zablokować tamtego ciosu w nawet najmniejszym stopniu. Gdzieś przez głowę przeszła jej myśl, że kuzynka pewnie ją zabije - dwa dni temu przyszła do niej z rozwalonym łukiem brwiowym i wciąż nosiła po tym ślad, i cała w sińcach, trzy dni temu poobijana i uwalana błotem, a dziś wpadnie do pokoju Danielle z uprzejmym "hej, Dani, zrobisz coś z tym tak, żeby mama niczego nie zauważyła?" (Jeżeli matka zauważy, to pewnie zabije ją podwójnie, to znaczy zabije, pochowa, odkopie, a potem wskrzesi, żeby zabić znowu.) Dotarły też do niej dźwięki - trzaskanych drzwi, bo barman Tom wypadł z baru, możliwe, że by wezwać Brygadę, płaczu kobiety, która wcześniej towarzyszyła Williamowi, a teraz nie znalazła w sobie dość siły, żeby próbować uciekać. Ktoś przeklinał głośno, ktoś schował się pod stolikiem, dwie osoby stały z różdżkami, celując w nich, jakby niepewne, co zrobić i kogo atakować.
Twarz Sauriela zdała się jej trochę znajoma, ale nie rozpoznała go. Ostatni raz mignął jej gdzieś w Hogwarcie, a wtedy, gdy ona miała osiemnaście lat i opuszczała szkołę, on był dopiero piętnastolatkiem. I nie dorobił się jeszcze tej trupiej bladości. Tego też na razie nie skojarzyła: i to mimo tego, że ledwo parę tygodni temu na progu jej gabinetu stanął inny wampir, i że była Potterówną, magia, która pozwalała Rookwoodowi kryć częściowo swoją naturę, płynęła i w jej żyłach. Ot zbyt była skupiona na tym, że gość był ewidentnie bardzo niebezpieczny i w tej chwili musiała uważać, czy nie postanowi rzucić się na nią znowu.
- Niesprowokowana napaść, niszczenie mienia... - Tu miała na myśli krzesło, na którym siedział William, teraz połamane... - ...i stawianie oporu przy aresztowaniu. Mam nadzieję, że masz na zbyciu jakieś dwieście galeonów na kaucję, bo taniej nie będzie.
Nie cedziła słów, nie próbowała być groźna, bo się do tego nie nadawała. Ton był niemal konwersacyjny, chociaż sporo ją kosztowało, aby nie krzywić się z bólu (pomagała w tym świadomość, że jeżeli się skrzywi, ten piękny siniak wykwitający na twarzy, będzie tylko bolał bardziej). Spojrzenie jednak miała czujne i pilnowała, by - skoro już ją odepchnął - dystans był na tyle wysoki, aby walnąć zaklęciem, gdyby chociaż drgnął.
Zdołał bez problemu wykręcić rękę Brygadzistki, a nawet złapać ją za podbródek. A ona wykręciła się wprawdzie, na tyle, by nie pozwolić, aby cios trafił dokładnie tam, gdzie chciał, co zapewne gdyby było w pełni udane całkowicie pozbawiłoby Brennę tchu, ale już odepchnął ją bez większego problemu.
Ku jej zdziwieniu nie rzucił się jednak ani w pościg za zaatakowanym mężczyzną, ani nie skoczył na nią z podobną furią, jak wcześniej na niego - a już szykowała się do przemiany w wilka, uznając, że tylko to pozwoli nie dać się tutaj pobić do nieprzytomności, a może do śmierci. Nie rzuciła się więc na niego i ona, wyszarpnęła tylko różdżkę z kieszeni.
Dopiero teraz ból zaczął w pełni do niej docierać. Przede wszystkim twarzy, bo tam oberwała naprawdę mocno, nie zdołała zablokować tamtego ciosu w nawet najmniejszym stopniu. Gdzieś przez głowę przeszła jej myśl, że kuzynka pewnie ją zabije - dwa dni temu przyszła do niej z rozwalonym łukiem brwiowym i wciąż nosiła po tym ślad, i cała w sińcach, trzy dni temu poobijana i uwalana błotem, a dziś wpadnie do pokoju Danielle z uprzejmym "hej, Dani, zrobisz coś z tym tak, żeby mama niczego nie zauważyła?" (Jeżeli matka zauważy, to pewnie zabije ją podwójnie, to znaczy zabije, pochowa, odkopie, a potem wskrzesi, żeby zabić znowu.) Dotarły też do niej dźwięki - trzaskanych drzwi, bo barman Tom wypadł z baru, możliwe, że by wezwać Brygadę, płaczu kobiety, która wcześniej towarzyszyła Williamowi, a teraz nie znalazła w sobie dość siły, żeby próbować uciekać. Ktoś przeklinał głośno, ktoś schował się pod stolikiem, dwie osoby stały z różdżkami, celując w nich, jakby niepewne, co zrobić i kogo atakować.
Twarz Sauriela zdała się jej trochę znajoma, ale nie rozpoznała go. Ostatni raz mignął jej gdzieś w Hogwarcie, a wtedy, gdy ona miała osiemnaście lat i opuszczała szkołę, on był dopiero piętnastolatkiem. I nie dorobił się jeszcze tej trupiej bladości. Tego też na razie nie skojarzyła: i to mimo tego, że ledwo parę tygodni temu na progu jej gabinetu stanął inny wampir, i że była Potterówną, magia, która pozwalała Rookwoodowi kryć częściowo swoją naturę, płynęła i w jej żyłach. Ot zbyt była skupiona na tym, że gość był ewidentnie bardzo niebezpieczny i w tej chwili musiała uważać, czy nie postanowi rzucić się na nią znowu.
- Niesprowokowana napaść, niszczenie mienia... - Tu miała na myśli krzesło, na którym siedział William, teraz połamane... - ...i stawianie oporu przy aresztowaniu. Mam nadzieję, że masz na zbyciu jakieś dwieście galeonów na kaucję, bo taniej nie będzie.
Nie cedziła słów, nie próbowała być groźna, bo się do tego nie nadawała. Ton był niemal konwersacyjny, chociaż sporo ją kosztowało, aby nie krzywić się z bólu (pomagała w tym świadomość, że jeżeli się skrzywi, ten piękny siniak wykwitający na twarzy, będzie tylko bolał bardziej). Spojrzenie jednak miała czujne i pilnowała, by - skoro już ją odepchnął - dystans był na tyle wysoki, aby walnąć zaklęciem, gdyby chociaż drgnął.
Rzut Z 1d100 - 48
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.