17.07.2023, 17:30 ✶
Czy po prostu lubił mówić, czy próbował ją zagadać, licząc na to, że straci czujność? To drugie miało małą szansę powodzenia, przynajmniej na razie. Patrzyła na niego tak samo uważnie, a jej dłoń nie drgnęła. Odsunęła się nawet odrobinę, by ot mieć więcej czasu na ewentualne reakcje. Jeżeli zaś szło o samo gadanie… cóż, Sauriel mógł sobie być pyskaty, ale pod względem rozgadania trafił na godnego przeciwnika.
Nie atakowała jednak, bo naprawdę wolałaby uniknąć pojedynku magicznego w pomieszczeniu, z którego w dodatku - chociaż większość osób uciekła - wciąż było kilka osób.
- Wezwanie do spokoju i "brygada uderzeniowa" zostały wypowiedziane bardzo głośno i wyraźnie - powiedziała Brenna. Ton miała... uprzejmy. Nie przystający do sytuacji, do szarości i czerwieni rozlewających się na jej twarzy, do tego, że celowała w niego różdżką. Ani w tym głosie, ani w spojrzeniu nie dało się wychwycić choćby cienia złości. Gniew pogrzebała, jak robiła to wiele razy wcześniej. W takich sytuacjach wściekłość była złym doradcą. A zimną furię i nienawiść wolała zostawić na inne okazje. Czekały gdzieś tam w środku, pod pokładami spokoju, nie na zwykłą, barową bójkę. Razem z wspomnieniem pali lecących ku jej kuzynce, widmowej twarzy martwego chłopca, uśmiechu wuja. - Jeśli masz problemy ze słuchem, oczywiście z tego zarzutu łatwo będzie się wybronić. I rozumiem, że wolałbyś zaklęcie w tył głowy, ale pechowo mogłabym trafić twoją ofiarę albo jego towarzyszkę.
Z pewnością posłanie w niego zaklęcia, gdy był tyłem, byłoby dla niej bezpieczniejsze. Ale dziewczę Williama było na celowniku, a sama Brenna za często widywała, jak ktoś próbując rozdzielić dwie bijące się osoby, trafiał nie w tę, w którą powinien… Chociaż, ku sprawiedliwości, zapewne by zaryzykowała, gdyby spodziewała się, że nie ma do czynienia ot z jakimś opryszkiem, a mistrzem bójek. W świecie czarodziejów, gdzie niemal każdy polegał na magii, dotąd natknęła się na kogoś, kto był sprawniejszy fizycznie od niej tylko dwa razy i tym kimś były Geraldine Yaxley oraz Harper Moody. Najwyraźniej tutaj trafił się trzeci taki przypadek. Był, na jej nieszczęście, cholernie dobry. Kość policzkowa (Brenna miała wielką nadzieję, że nie była pęknięta) dawała o tym wyraźnie znać, promieniując bólem.
- Pójdziesz dobrowolnie, czy kontynuujemy zabawę? A jeśli myślisz o ucieczce, proszę bardzo, ale jeśli ci się uda, twój portret jutro trafi do Proroka i na każdą ścianę Pokątnej. Dalszy opór albo taka ucieczka już zagwarantuje ci bilet do Azkabanu.
Dostrzegła jego spojrzenie, rzut wzrokiem na boki, szukanie drogi na umknięcie. Pechowo dla niego, teraz miała okazję się przyjrzeć. A pamięć miała dobrą. I to była jedna z głównych rzeczy, jakie robiła dla Brygady: rzucała się w przeszłość, oglądała twarze żywych i umarłych, a potem opisywała je, póki nie powstała wierna podobizna. Teraz już zapisała w pamięci każdy szczegół jego twarzy, czerń oczu, kształt nosa, ust i podbródka, i ktoś na pewno na takim obrazku rozpoznałby Sauriela Rookwooda. Mieli tu zresztą całą masę świadków, w tym zapłakaną dziewczynę. (Brenna nie wiedziała, czy jej współczuć, czy wzdychać z politowaniem. Naprawdę, nie mogła wpaść choćby na to, by się odsunąć poza zasięg rażenia?!)
W tej chwili… cóż, nie miała złudzeń – raczej wpadnie kaucja, a potem kara finansowa, ewentualnie krótki wyrok w więzieniu, o ile nie będzie okoliczności łagodzących i nie stała za nim żadna potężna rodzina. (A stała. Rookwoodowie mieli dość spore wpływy w Departamencie Tajemnic, a stamtąd mogli pociągnąć za te czy owe sznurki.) Ucieczka i szeroko zakrojone poszukiwania już by pewnie skomplikowały sprawę bardziej.
Nie atakowała jednak, bo naprawdę wolałaby uniknąć pojedynku magicznego w pomieszczeniu, z którego w dodatku - chociaż większość osób uciekła - wciąż było kilka osób.
- Wezwanie do spokoju i "brygada uderzeniowa" zostały wypowiedziane bardzo głośno i wyraźnie - powiedziała Brenna. Ton miała... uprzejmy. Nie przystający do sytuacji, do szarości i czerwieni rozlewających się na jej twarzy, do tego, że celowała w niego różdżką. Ani w tym głosie, ani w spojrzeniu nie dało się wychwycić choćby cienia złości. Gniew pogrzebała, jak robiła to wiele razy wcześniej. W takich sytuacjach wściekłość była złym doradcą. A zimną furię i nienawiść wolała zostawić na inne okazje. Czekały gdzieś tam w środku, pod pokładami spokoju, nie na zwykłą, barową bójkę. Razem z wspomnieniem pali lecących ku jej kuzynce, widmowej twarzy martwego chłopca, uśmiechu wuja. - Jeśli masz problemy ze słuchem, oczywiście z tego zarzutu łatwo będzie się wybronić. I rozumiem, że wolałbyś zaklęcie w tył głowy, ale pechowo mogłabym trafić twoją ofiarę albo jego towarzyszkę.
Z pewnością posłanie w niego zaklęcia, gdy był tyłem, byłoby dla niej bezpieczniejsze. Ale dziewczę Williama było na celowniku, a sama Brenna za często widywała, jak ktoś próbując rozdzielić dwie bijące się osoby, trafiał nie w tę, w którą powinien… Chociaż, ku sprawiedliwości, zapewne by zaryzykowała, gdyby spodziewała się, że nie ma do czynienia ot z jakimś opryszkiem, a mistrzem bójek. W świecie czarodziejów, gdzie niemal każdy polegał na magii, dotąd natknęła się na kogoś, kto był sprawniejszy fizycznie od niej tylko dwa razy i tym kimś były Geraldine Yaxley oraz Harper Moody. Najwyraźniej tutaj trafił się trzeci taki przypadek. Był, na jej nieszczęście, cholernie dobry. Kość policzkowa (Brenna miała wielką nadzieję, że nie była pęknięta) dawała o tym wyraźnie znać, promieniując bólem.
- Pójdziesz dobrowolnie, czy kontynuujemy zabawę? A jeśli myślisz o ucieczce, proszę bardzo, ale jeśli ci się uda, twój portret jutro trafi do Proroka i na każdą ścianę Pokątnej. Dalszy opór albo taka ucieczka już zagwarantuje ci bilet do Azkabanu.
Dostrzegła jego spojrzenie, rzut wzrokiem na boki, szukanie drogi na umknięcie. Pechowo dla niego, teraz miała okazję się przyjrzeć. A pamięć miała dobrą. I to była jedna z głównych rzeczy, jakie robiła dla Brygady: rzucała się w przeszłość, oglądała twarze żywych i umarłych, a potem opisywała je, póki nie powstała wierna podobizna. Teraz już zapisała w pamięci każdy szczegół jego twarzy, czerń oczu, kształt nosa, ust i podbródka, i ktoś na pewno na takim obrazku rozpoznałby Sauriela Rookwooda. Mieli tu zresztą całą masę świadków, w tym zapłakaną dziewczynę. (Brenna nie wiedziała, czy jej współczuć, czy wzdychać z politowaniem. Naprawdę, nie mogła wpaść choćby na to, by się odsunąć poza zasięg rażenia?!)
W tej chwili… cóż, nie miała złudzeń – raczej wpadnie kaucja, a potem kara finansowa, ewentualnie krótki wyrok w więzieniu, o ile nie będzie okoliczności łagodzących i nie stała za nim żadna potężna rodzina. (A stała. Rookwoodowie mieli dość spore wpływy w Departamencie Tajemnic, a stamtąd mogli pociągnąć za te czy owe sznurki.) Ucieczka i szeroko zakrojone poszukiwania już by pewnie skomplikowały sprawę bardziej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.