17.07.2023, 22:22 ✶
- Jasne, jeśli nie złapię nikogo z ekipy, to się zgłoszę – obiecała Brenna. Na słowa odnośnie apteki i gonienia gnomów (też miała z nimi problem i wyrzucała je regularnie z sadu, a nawet zamówiła specjalny środek, który będzie je odstraszać) uśmiechnęła się. Nieco krzywo. – Ehem, wezwano mnie pilnie do drobnego wypadku, w wyniku którego najpierw cywil prawie nie wykrwawił mi się na rękach, a potem mało brakowało, a przeklęty przedmiot nie wybuchłby nam w twarze. Chyba trochę wystraszyłam biednego Cedrica, bo stał tamtego dnia za ladą, a nie miałam czasu nic mu wyjaśniać…
Gdyby ktoś spytał Brennę, jak to się działo, że wciąż pakowała się w takie wypadki… nie umiałaby tego wyjaśnić. Przypadkiem. I nawet nie zastanawiała się, że dla większości ludzi nie jest normą jednego dnia skakanie z przeklętej miotły, drugiego włóczenie się z głodnym wampirem po Nokturnie, trzeciego osłanianie cywila przed wybuchającymi skrzynkami, a kolejnego wpadanie do dołu z nieumarłymi. Po prostu tak wychodziło. Jakoś. Miała pecha. Albo jakaś wróżka zawisła kiedyś nad jej kołyską i powiedziała: cześć, mam dla ciebie niezwykły dar wpadania w kłopoty!
– Nawet umiem ich używać, ale na niektóre rzeczy nie wystarczą – parsknęła, wskazując na błoto. Było go na tyle dużo, że ryzykowałaby uszkodzenie ubrania, a ostatecznie wolała pokazać się w Ministerstwie z paroma plamami na ubraniu niż bez spodni. To już byłoby za wiele nawet na nią. – Informuję, Tori, informuję! – oświadczyła, spoglądając na Lestrange, a w jej oczach błysnęło znowu rozbawienie.
Nie dziś, nie jutro, nie pojutrze – bo działo się za wiele, wszędzie, wszystko, na raz. Ale Victoria sobie właśnie zagwarantowała, że przyjdzie ten dzień, w którym Brenna stanie na jej progu z niewinną miną i informacją, że zostaje niecnie porwana do Zakazanego Lasu, bo muszą sprawdzić, czy legowisko jednorożców jest w tym samym miejscu, co dziesięć lat temu.
Uśmiech wygasł jednak po kolejnych słowach.
– Taaak, tego się spodziewałam – powiedziała, oczyszczając chusteczką twarz i szyję, aby przynajmniej one wyglądały możliwie. – Byłam. I zebranie było katastrofą przez Jaśnie Nam Miłującego Rookwooda, któremu chyba ktoś zapomniał wspomnieć, że nie został nagle Szefem Biura Aurorów. Nawet nie próbował kryć, jak bardzo pogardza Thomasem. Co by mnie specjalnie samo w sobie nie dziwiło, ale nie spodziewałam się takiej głupoty po kimś, kto pracuje tyle lat, bo tak jakby stał w otoczeniu czterech osób, które z Tommym się przyjaźnią i tego nie kryją. I kiedy pracuje w Departamencie, w którym nie ma szans, aby nie musiał czasem przesłuchać jakiegoś mugolaka. Potem oświadczył, że to on i Erik decydują, a reszta ma wysłuchać jego woli. Na przypomnienie, że dostaliśmy instrukcję, by tu przyjść, ustalić wszystko wspólnie, a oni to liderzy, nie dowódcy, i inaczej kazano by tu omówić tylko im dwóm, zareagował kolejnym popisem wyższości… jakby kiedykolwiek osiągnął coś spektakularnego. Ostatecznie wszyscy go olaliśmy i większość rzeczy ustaliśmy między sobą, kiedy ogradzał ognisko. Intrygujące, że w ogóle do was potem nie poszedł.
Gdyby ktoś spytał Brennę, jak to się działo, że wciąż pakowała się w takie wypadki… nie umiałaby tego wyjaśnić. Przypadkiem. I nawet nie zastanawiała się, że dla większości ludzi nie jest normą jednego dnia skakanie z przeklętej miotły, drugiego włóczenie się z głodnym wampirem po Nokturnie, trzeciego osłanianie cywila przed wybuchającymi skrzynkami, a kolejnego wpadanie do dołu z nieumarłymi. Po prostu tak wychodziło. Jakoś. Miała pecha. Albo jakaś wróżka zawisła kiedyś nad jej kołyską i powiedziała: cześć, mam dla ciebie niezwykły dar wpadania w kłopoty!
– Nawet umiem ich używać, ale na niektóre rzeczy nie wystarczą – parsknęła, wskazując na błoto. Było go na tyle dużo, że ryzykowałaby uszkodzenie ubrania, a ostatecznie wolała pokazać się w Ministerstwie z paroma plamami na ubraniu niż bez spodni. To już byłoby za wiele nawet na nią. – Informuję, Tori, informuję! – oświadczyła, spoglądając na Lestrange, a w jej oczach błysnęło znowu rozbawienie.
Nie dziś, nie jutro, nie pojutrze – bo działo się za wiele, wszędzie, wszystko, na raz. Ale Victoria sobie właśnie zagwarantowała, że przyjdzie ten dzień, w którym Brenna stanie na jej progu z niewinną miną i informacją, że zostaje niecnie porwana do Zakazanego Lasu, bo muszą sprawdzić, czy legowisko jednorożców jest w tym samym miejscu, co dziesięć lat temu.
Uśmiech wygasł jednak po kolejnych słowach.
– Taaak, tego się spodziewałam – powiedziała, oczyszczając chusteczką twarz i szyję, aby przynajmniej one wyglądały możliwie. – Byłam. I zebranie było katastrofą przez Jaśnie Nam Miłującego Rookwooda, któremu chyba ktoś zapomniał wspomnieć, że nie został nagle Szefem Biura Aurorów. Nawet nie próbował kryć, jak bardzo pogardza Thomasem. Co by mnie specjalnie samo w sobie nie dziwiło, ale nie spodziewałam się takiej głupoty po kimś, kto pracuje tyle lat, bo tak jakby stał w otoczeniu czterech osób, które z Tommym się przyjaźnią i tego nie kryją. I kiedy pracuje w Departamencie, w którym nie ma szans, aby nie musiał czasem przesłuchać jakiegoś mugolaka. Potem oświadczył, że to on i Erik decydują, a reszta ma wysłuchać jego woli. Na przypomnienie, że dostaliśmy instrukcję, by tu przyjść, ustalić wszystko wspólnie, a oni to liderzy, nie dowódcy, i inaczej kazano by tu omówić tylko im dwóm, zareagował kolejnym popisem wyższości… jakby kiedykolwiek osiągnął coś spektakularnego. Ostatecznie wszyscy go olaliśmy i większość rzeczy ustaliśmy między sobą, kiedy ogradzał ognisko. Intrygujące, że w ogóle do was potem nie poszedł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.