17.07.2023, 23:24 ✶
On zepsuł jej dzień do reszty, ona do reszty zepsuła dzień jemu. On miał spędzić wieczór w areszcie, a ona… w pracy, z której wyszła dwie godziny temu, po kilku nadgodzinach. Do pewnego stopnia oboje byli kwita i prawdopodobnie oboje byli równie niezadowoleni z tego spotkania.
Mimo to Brennie nawet nie przebiegło przez myśl, aby po prostu go puścić. Nie byłaby sobą.
Pewnie na tę rolę kompletnego idioty dałaby się nabrać, i nawet nie zadawała dodatkowych pytań, gdyby przed chwilą nie odzywał się zupełnie innym tonem i w zupełnie inny sposób. Nijak jednak tego nie skomentowała. Zamiast tego machnęła różdżką. Kajdanki owszem, miała przy sobie w torebce, podobnie jak odznakę, bo z nimi się nie rozstawała, ale wcale nie ufała, że kiedy spróbuje je zapiąć, nie oberwie znowu w twarz (że grozi jej magia bezróżdzkowa pojęcia nie miała, ale że był szybki – już owszem). Zaczęła więc od wyczarowania sznura, który miał skrępować mu ręce, skoro tak usłużnie je wyciągnął przed siebie.
- Poproszę takie z kwiatuszkami i złoconymi literkami, innych nie otwieram – odparła na słowa odnośnie zaproszenia, z kamiennym wyrazem twarzy. (Który wynikał nie tylko z tego, że po prostu starała się w żaden sposób nie reagować i nie dać się wytrącić z równowagi, ale też z faktu, że nawet mówienie wywoływało ból policzka, nie zamierzała więc wykazywać się szczególną mimiką.) Wolną rękę wsunęła do torebki, przewieszonej na skos, i grzebała w niej przez chwilę – bo robiła to na ślepo – aż jej palce zacisnęły się na magicznych kajdankach.
Paskudne spojrzenie, obleśny uśmieszek, słowa… też nie wywołały reakcji. Brenna na początkach pracy w Brygadzie, gdy jeszcze włóczyła się głównie na patrolach i wciąż była gówniarą, miała do czynienia z tego typu zachowaniami dostatecznie często, aby się uodpornić. Stoicka natura w tego typu sprawach też tutaj była przydatna.
– Pewnie, słońce, ale nie bawię się z ludźmi, którzy szorują podłogę innymi. Jesteś aresztowany pod zarzutem niesprowokowanego ataku, niszczenia mienia i oporu podczas aresztowania. Możesz zachować milczenie, ale… – Sauriel, może i udawał idiotę, ale znał się na świecie i tym podobnych na tyle dobrze, by wiedzieć, że Brenna wygłaszała standardową, obowiązującą formułkę, bez której ktoś mógłby podważać proces aresztowania. Przy okazji ruszyła wreszcie w jego stronę, z zamiarem zatrząśnięcia kajdanek.
– Jak się nazywa twój przyjaciel?
To pytanie skierowała nie do Rookwooda, choć od niego nie odrywała spojrzenia, a do dziewczyny, która towarzyszyła uciekinierowi. W końcu, tak jakby teraz będzie musiała go znaleźć. Był ofiarą i świadkiem, a poza tym nie miała pojęcia, czy będzie chciał złożyć oskarżenie, czy nie. Jeżeli nie, to kłopoty Sauriela trochę się zmniejszały.
Mimo to Brennie nawet nie przebiegło przez myśl, aby po prostu go puścić. Nie byłaby sobą.
Pewnie na tę rolę kompletnego idioty dałaby się nabrać, i nawet nie zadawała dodatkowych pytań, gdyby przed chwilą nie odzywał się zupełnie innym tonem i w zupełnie inny sposób. Nijak jednak tego nie skomentowała. Zamiast tego machnęła różdżką. Kajdanki owszem, miała przy sobie w torebce, podobnie jak odznakę, bo z nimi się nie rozstawała, ale wcale nie ufała, że kiedy spróbuje je zapiąć, nie oberwie znowu w twarz (że grozi jej magia bezróżdzkowa pojęcia nie miała, ale że był szybki – już owszem). Zaczęła więc od wyczarowania sznura, który miał skrępować mu ręce, skoro tak usłużnie je wyciągnął przed siebie.
- Poproszę takie z kwiatuszkami i złoconymi literkami, innych nie otwieram – odparła na słowa odnośnie zaproszenia, z kamiennym wyrazem twarzy. (Który wynikał nie tylko z tego, że po prostu starała się w żaden sposób nie reagować i nie dać się wytrącić z równowagi, ale też z faktu, że nawet mówienie wywoływało ból policzka, nie zamierzała więc wykazywać się szczególną mimiką.) Wolną rękę wsunęła do torebki, przewieszonej na skos, i grzebała w niej przez chwilę – bo robiła to na ślepo – aż jej palce zacisnęły się na magicznych kajdankach.
Paskudne spojrzenie, obleśny uśmieszek, słowa… też nie wywołały reakcji. Brenna na początkach pracy w Brygadzie, gdy jeszcze włóczyła się głównie na patrolach i wciąż była gówniarą, miała do czynienia z tego typu zachowaniami dostatecznie często, aby się uodpornić. Stoicka natura w tego typu sprawach też tutaj była przydatna.
– Pewnie, słońce, ale nie bawię się z ludźmi, którzy szorują podłogę innymi. Jesteś aresztowany pod zarzutem niesprowokowanego ataku, niszczenia mienia i oporu podczas aresztowania. Możesz zachować milczenie, ale… – Sauriel, może i udawał idiotę, ale znał się na świecie i tym podobnych na tyle dobrze, by wiedzieć, że Brenna wygłaszała standardową, obowiązującą formułkę, bez której ktoś mógłby podważać proces aresztowania. Przy okazji ruszyła wreszcie w jego stronę, z zamiarem zatrząśnięcia kajdanek.
– Jak się nazywa twój przyjaciel?
To pytanie skierowała nie do Rookwooda, choć od niego nie odrywała spojrzenia, a do dziewczyny, która towarzyszyła uciekinierowi. W końcu, tak jakby teraz będzie musiała go znaleźć. Był ofiarą i świadkiem, a poza tym nie miała pojęcia, czy będzie chciał złożyć oskarżenie, czy nie. Jeżeli nie, to kłopoty Sauriela trochę się zmniejszały.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.