Minął prawie rok od dnia, w którym wieczysta przysięga związała ich nadgarstki niewidzialną, magiczną nicią. W tym czasie wiele się zmieniło w życiu Logana, choć pozostawały pewne stałe niczym proste sznurki na linii życia, które wiodły go mozolnie, aczkolwiek nieustępliwie w stronę wyznaczonych celów. W zimie w tajemnicy przed wszystkimi kupił lokal w starej ruderze na Nokturnie — przejęty prawdopodobnie po jakimś barze, którego właściciel zachlał się na śmierć — a następnie zaczął sprowadzać towar i poświęcać długie wieczory przechodzące w noc na doprowadzenie tego miejsca do względnego porządku. Po kilku miesiącach wreszcie mógł zwolnić się z rodzinnej firmy i sklep z antykami pod dumni ebrzmiącym szyldem: “Vetus Vestium”. Lubił kpić z ludzi, którzy nie znali łaciny albo byli ignorantami na tyle, żeby nie sprawdzić znaczenia tej nazwy.
Stara szafa.
Mniej więcej tym właśnie był jego sklep, którego dopiero zawartość ukrytej wewnątrz szuflady Logana naprawdę fascynowała.
Z zamyślenia wyrwało go uderzenie garści ziemi o leżącą w dole trumnę. Przeczesał dłonią włosy i westchnął, przestępując z nogi na nogę. Stał oddalony o kilkanaście jardów od zgromadzonych nad dziurą w ziemi żałobników, w czarnej pełnej szacie mimo późno letniego upału otulającego szczelnie cmentarz. Jego ubiór bynajmniej nie miał być wyrazem jakiegoś szacunku w kierunku zmarłego — ostatnie czym Logan mógł go darzyć był szacunek, zważając na swój udział w jego tragicznym finiszu jego ziemskiej niedoli — ale dzięki temu mógł zostać wzięty za nieśmiałego kolegę albo dalekiego krewnego z drugiego końca Anglii. Nie chciał się wyróżniać. Ale czuł, że musi tu dzisiaj przyjść.
Żeby móc obserwować Astorię.
Stojąc przy rzędzie wyschniętych, wysokich na siedem stóp tui, Logan widział jej profil nieco od tyłu, więc szczegóły mu umykały, ale nie mógł kobiecie odmówić teatralnego wdzięku przy odgrywaniu zrozpaczonej po stracie męża. Nikt ze zgromadzonych nie wyglądał na podejrzliwego wobec jej smutku; składali kondolencje, które wyglądały na szczere choć Logan nie mógł z tej odległości dosłyszeć padających słów, obejmowali i poklepywali. Jakby to mogło w czymś pomóc. Logan nie ruszył się ze swojego miejsca obserwacyjnego, nie podszedł i nie starał się jej pocieszyć. Czekał.
W końcu na cmentarzu został już tylko on i młoda wdowa. Cierpliwie stał w miejscu i przyglądał się Astorii zmierzającej niespiesznie w jego kierunku. Uśmiechnął się blado na dźwięk jej słów.
— Wiem, że nie wstanie — odparł spokojnie, trochę zawiedziony, że nie będzie mógł dłużej przyglądać się jej zapłakanym oczom skrytym pod tym dziwacznym, mugloskim wynalazkiem, w którym odbijało się całe otoczenie, nie wyłączając Logana. — Nie będzie żadnego długo i szczęśliwie — dodał tajemniczo, w luźnym nawiązaniu do bajek, o których rozmawiali w tak odległych czasach, choć minęło tylko kilkanaście miesięcy.
Przyszedłem zobaczyć jakie piętno odciśnie na tobie morderstwo, kiedy już stanie się namacalne.
— Przyszedłem po resztę pieniędzy — dodał, nieznacznie przeciągając sylaby w typowy dla siebie, flegmatyczny sposób. Szczerość nie była przeznaczona dla ludzi z jego otoczenia; szczerość trzymał tylko dla siebie, a i to nie zawsze. — I jestem zawiedziony, że nie urządziłaś stypy na cześć biednego Williama. Jesteś zbyt zrozpaczona tą tragedią, żeby w towarzystwie najbliższej rodziny powspominać swojego męża? — W jego głosie też brzmiała ta wyczuwalna ironia, jakby wiecznie sobie żartował ze wszystkiego i wszystkich, nic nie mając w poważaniu.
Tak już było między nimi, za każdym razem kiedy się spotykali, choć te spotkania można było policzyć na palcach jednej ręki.
— Napij się ze mną — rzucił nagle, tak obojętnie, że można było odnieść wrażenie jakby propozycja ta napawała go niechęcią. Lekko zmrużył oczy i spojrzał gdzieś w dal ponad jej ramieniem. Nie mógł patrzeć jej w oczy, więc nie musiał patrzeć na nią wcale; to dodatkowo podkreśliło wrażenie obojętności. — Ze mną nie będziesz musiała o nim wspominać.
just wanna bury them