19.07.2023, 22:26 ✶
To był dzień naprawdę pełen niespodzianek.
Bójka w barze okazała się tylko czubkiem góry lodowej. Brenna zasadniczo przyjmowała ze zdumiewającym spokojem wszystkie dziwne rzeczy, jakie niósł ze sobą los, ale fakt, że aresztowała członka nienaruszalnej dwudziestki ósemki, który okazał się wampirem, a jeszcze w dodatku Rookwoodem, a i miał dla niej kolejne śledztwo, i to nie tylko w sprawie bójki, nawet ją napełnił pewną rezygnacją. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy to nie pora na konsultacje u Castiela – może ją przeklęto?
Mimo to starała się zachowywać z pełnym profesjonalizmem. Co nieco utrudniały jej strój i coraz bardziej puchnąca twarz. Odnotowała wszystko, co Sauriel powiedział, spisała jego zeznania, podsunęła do przeczytania. Przyjęła zawiadomienie o przestępstwie i tutaj również poinstruowała, jakie będą dalsze procedury. Nie próbowała go podchodzić, grozić (zresztą: ona zwykle grała raczej tego dobrego gliny, a złego chwilowo nie miała pod ręką), bo w tym przypadku ten styl pracy nie wydawał się jej najlepszym pomysłem.
- Kaucja będzie wynosiła dwieście galeonów plus koszty krzesła z Dziurawego Kotła, masz prawo skorzystać z ministerialnej sowy, ale to pewnie wiesz, sądząc po tym, że umiesz śpiewać o prawie lepiej niż połowa tutejszych prawników... Aha, jeszcze jedno. Jeśli życzysz sobie złożyć zawiadomienie o własnym morderstwie, też przysługuje ci takie prawo – poinformowała na zakończenie rozmowy, nim wyszła na korytarz. Bo powiązanie daty jego urodzenia i wampiryzmu nie pozostawiało złudzeń: Rookwooda stworzono niedawno, a więc przestępstwo się nie przedawniło. A już zabójcy jednego wampira szukała.
Jeżeli stworzył go inny Rookwood?
Cóż. To byłoby nawet lepiej. Nie to, że na to liczyła. Rody czystej krwi zwykle były lojalne wobec swoich.
Jej obecny problem polegał na tym, że zasadniczo wyszła z pracy cztery godziny temu. I teleportowała się do na parę minut do Doliny Godryka, by wbić w ten elegancki strój, przy okazji zostawiając tam nie odznakę i kajdanki, ale już klucze do szafki i parę innych rzeczy też. Zaczęła więc rozglądać się po korytarzu za jakąś znajomą twarzą – o tej porze szeregi nieco się przerzedzały, pracowali głównie BUMowcy i aurorzy na nocnym dyżurze, ale na całe szczęście wypatrzyła Victorię… z którą te parę godzin temu mijała się w drzwiach (znaczy się w kominku), gdy Brenna wychodziła ze swojego dyżuru, a ona na swój wracała.
Cóż, Bren wzięła sobie do serca ulubione powiedzenie taty, że BUMowiec zawsze jest w pracy.
- Hej, Tori! – zawołała, machając do niej. Nie miała na sobie munduru, tylko eleganckie ciuchy. Włosy były zapewne niedawno uczesane, ale teraz stanowiły obraz nędzy i rozpaczy. Nie one jednak zwracały uwagę, a twarz. Rana na łuku brwiowym wyglądała, jakby powstała kilkanaście dni temu i niemal już znikła (w istocie było to przedwczoraj, ale ją podleczono, a sińce usunięto), za to policzek przybierał wszystkie odcienie błękitu i czerwieni, i nie pozostawiał wątpliwości, że Brenna oberwała ledwo co i to bardzo porządnie. – Masz klucze do celi w areszcie? Rhynda już wyszła, a mam tu jednego takiego, muszę go gdzieś przytrzymać, zanim tatuś przyjdzie zapłacić górę pieniędzy, żeby go odzyskać. Swoją drogą, nie wiesz, czy Hades jest dziś w pracy? Za jego czary mary lecznicze dałabym się... hm, no dobra, może nie pokroić, to bolałoby bardziej, ale na pewno by mi się przydały.
Nie łudziła się, że będzie jakaś rozprawa przed Wizengamotem – pewnie sprawa zostanie umorzona, bo wiedziała już, że William żadnego zawiadomienia nie złoży. Wprawdzie ona mogłaby się upierać za stawianie oporu, ale miała dobre powody, aby nie pchać się Rookwoodom przed oczy… dopóki przynajmniej nie miałaby dowodów na to, że popełnili bardzo poważne przestępstwo.
Bójka w barze okazała się tylko czubkiem góry lodowej. Brenna zasadniczo przyjmowała ze zdumiewającym spokojem wszystkie dziwne rzeczy, jakie niósł ze sobą los, ale fakt, że aresztowała członka nienaruszalnej dwudziestki ósemki, który okazał się wampirem, a jeszcze w dodatku Rookwoodem, a i miał dla niej kolejne śledztwo, i to nie tylko w sprawie bójki, nawet ją napełnił pewną rezygnacją. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy to nie pora na konsultacje u Castiela – może ją przeklęto?
Mimo to starała się zachowywać z pełnym profesjonalizmem. Co nieco utrudniały jej strój i coraz bardziej puchnąca twarz. Odnotowała wszystko, co Sauriel powiedział, spisała jego zeznania, podsunęła do przeczytania. Przyjęła zawiadomienie o przestępstwie i tutaj również poinstruowała, jakie będą dalsze procedury. Nie próbowała go podchodzić, grozić (zresztą: ona zwykle grała raczej tego dobrego gliny, a złego chwilowo nie miała pod ręką), bo w tym przypadku ten styl pracy nie wydawał się jej najlepszym pomysłem.
- Kaucja będzie wynosiła dwieście galeonów plus koszty krzesła z Dziurawego Kotła, masz prawo skorzystać z ministerialnej sowy, ale to pewnie wiesz, sądząc po tym, że umiesz śpiewać o prawie lepiej niż połowa tutejszych prawników... Aha, jeszcze jedno. Jeśli życzysz sobie złożyć zawiadomienie o własnym morderstwie, też przysługuje ci takie prawo – poinformowała na zakończenie rozmowy, nim wyszła na korytarz. Bo powiązanie daty jego urodzenia i wampiryzmu nie pozostawiało złudzeń: Rookwooda stworzono niedawno, a więc przestępstwo się nie przedawniło. A już zabójcy jednego wampira szukała.
Jeżeli stworzył go inny Rookwood?
Cóż. To byłoby nawet lepiej. Nie to, że na to liczyła. Rody czystej krwi zwykle były lojalne wobec swoich.
Jej obecny problem polegał na tym, że zasadniczo wyszła z pracy cztery godziny temu. I teleportowała się do na parę minut do Doliny Godryka, by wbić w ten elegancki strój, przy okazji zostawiając tam nie odznakę i kajdanki, ale już klucze do szafki i parę innych rzeczy też. Zaczęła więc rozglądać się po korytarzu za jakąś znajomą twarzą – o tej porze szeregi nieco się przerzedzały, pracowali głównie BUMowcy i aurorzy na nocnym dyżurze, ale na całe szczęście wypatrzyła Victorię… z którą te parę godzin temu mijała się w drzwiach (znaczy się w kominku), gdy Brenna wychodziła ze swojego dyżuru, a ona na swój wracała.
Cóż, Bren wzięła sobie do serca ulubione powiedzenie taty, że BUMowiec zawsze jest w pracy.
- Hej, Tori! – zawołała, machając do niej. Nie miała na sobie munduru, tylko eleganckie ciuchy. Włosy były zapewne niedawno uczesane, ale teraz stanowiły obraz nędzy i rozpaczy. Nie one jednak zwracały uwagę, a twarz. Rana na łuku brwiowym wyglądała, jakby powstała kilkanaście dni temu i niemal już znikła (w istocie było to przedwczoraj, ale ją podleczono, a sińce usunięto), za to policzek przybierał wszystkie odcienie błękitu i czerwieni, i nie pozostawiał wątpliwości, że Brenna oberwała ledwo co i to bardzo porządnie. – Masz klucze do celi w areszcie? Rhynda już wyszła, a mam tu jednego takiego, muszę go gdzieś przytrzymać, zanim tatuś przyjdzie zapłacić górę pieniędzy, żeby go odzyskać. Swoją drogą, nie wiesz, czy Hades jest dziś w pracy? Za jego czary mary lecznicze dałabym się... hm, no dobra, może nie pokroić, to bolałoby bardziej, ale na pewno by mi się przydały.
Nie łudziła się, że będzie jakaś rozprawa przed Wizengamotem – pewnie sprawa zostanie umorzona, bo wiedziała już, że William żadnego zawiadomienia nie złoży. Wprawdzie ona mogłaby się upierać za stawianie oporu, ale miała dobre powody, aby nie pchać się Rookwoodom przed oczy… dopóki przynajmniej nie miałaby dowodów na to, że popełnili bardzo poważne przestępstwo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.