19.07.2023, 23:38 ✶
Jasne. Wiem. Tylko tyle.
Trochę żałowała, że w tej sytuacji nie miała specjalnie możliwości go przycisnąć w tej sprawie. Zwłaszcza, że zrodziło się w jej duszy paskudne podejrzenie, że być może oba jej znajome wampiry stworzył ten sam mężczyzna… Czy i jego zmuszono do złożenia wieczystej przysięgi?
Ale… tu po prawdzie pasował ten drugi Rookwood, a Codyego zabiła jedna osoba, a „stworzyła” druga.
- Hm… tak, wyszłam. Jakieś, eee, cztery godziny temu – powiedziała Brenna już na korytarzu, zerkając szybko na zegarek. Był bez wątpienia drogi i dobrej jakości, ale był też bardzo, bardzo stary: może nawet starszy od samej Brenny i nosił ślady długiego użytkowania. – Zaliczyłam dwie godziny u Potterów, a potem powstrzymanie bójki w barze, czy może próby zabójstwa w barze, i właściwie to nie wiem, czy liczy się to jako powstrzymanie, skoro sama skończyłam pobita… A tak naprawdę, to wiesz, cztery godziny, a nie czekaj, trzy, bo ostatnią tu spędziłam to strasznie dużo, stęskniłam się za biurem – powiedziała beztrosko, chociaż ostatnio szukała raczej pracy w terenie.
Głównie dlatego, że właśnie owszem, za bardzo ciągnęło ją do biura, i to nie własnego, a tego Victorii, atoprzecieżdziwnamagiapozatymnieruszasięcudzychfacetów.
Ale Brenna po godzinach w pracy nie była specjalnym zaskoczeniem. Ostatnio niemal wszyscy zresztą robili po godzinach. Inna sprawa, że ona miała niespotykany talent do natykania się na przekleństwa także w czasie wolnym.
- Żaden problem, jeśli nie dorwę jego, pokażę to mojej kuzynce. Zakradnę się do jej pokoju przez okno czy coś, żeby przypadkiem najpierw mama nie zobaczyła mnie w takim stanie. Bo tego może nie widać, ale to mi trochę przeszkadza w mówieniu, więc to dla mnie taka totalna tragedia – palnęła Brenna po swojemu, po czym otworzyła drzwi pokoju, w którym przesłuchiwała Rookwooda. Nie protestowała wobec pomocy, była za nią nawet wdzięczna, bo w tej chwili zmęczona i obolała nie ufała, że gdyby Rookwood, nawet skuty, coś kombinował, na pewno dałaby radę sobie z nim poradzić. A na razie wiedziała o nim trzy rzeczy – pomijając te najbardziej oczywiste.
Bardzo dobrze się bił, był zdecydowanie na bakier z prawem i lubił udawać głupszego niż był.
Jej brwi powędrowały w górę, kiedy Sauriel zwrócił się do Victorii. Nie powinna być zaskoczona, że się znają – wszak sama Tori parę dni temu wspominała, że jest dość luźno spokrewniona z Rookwoodami. Choć w rodach czystej krwi nie było to nic nadzwyczajnego, to prawdopodobnie bywali na tych samych… okazjach. A jednak… jakoś ją to trochę zdziwiło. Może dlatego, że „Rookwood” kojarzyła negatywnie, a Victorię pozytywnie. Może, bo patrząc po jego stroju i zachowaniu, zdawał się zupełnie z innego świata niż zawsze nienagannie się prezentująca Tori, która przynajmniej w szerszym gronie zachowywała się nienagannie i profesjonalnie.
I tym razem to ona rzuciła Lestrange pytające spojrzenie.
Trochę żałowała, że w tej sytuacji nie miała specjalnie możliwości go przycisnąć w tej sprawie. Zwłaszcza, że zrodziło się w jej duszy paskudne podejrzenie, że być może oba jej znajome wampiry stworzył ten sam mężczyzna… Czy i jego zmuszono do złożenia wieczystej przysięgi?
Ale… tu po prawdzie pasował ten drugi Rookwood, a Codyego zabiła jedna osoba, a „stworzyła” druga.
- Hm… tak, wyszłam. Jakieś, eee, cztery godziny temu – powiedziała Brenna już na korytarzu, zerkając szybko na zegarek. Był bez wątpienia drogi i dobrej jakości, ale był też bardzo, bardzo stary: może nawet starszy od samej Brenny i nosił ślady długiego użytkowania. – Zaliczyłam dwie godziny u Potterów, a potem powstrzymanie bójki w barze, czy może próby zabójstwa w barze, i właściwie to nie wiem, czy liczy się to jako powstrzymanie, skoro sama skończyłam pobita… A tak naprawdę, to wiesz, cztery godziny, a nie czekaj, trzy, bo ostatnią tu spędziłam to strasznie dużo, stęskniłam się za biurem – powiedziała beztrosko, chociaż ostatnio szukała raczej pracy w terenie.
Głównie dlatego, że właśnie owszem, za bardzo ciągnęło ją do biura, i to nie własnego, a tego Victorii, atoprzecieżdziwnamagiapozatymnieruszasięcudzychfacetów.
Ale Brenna po godzinach w pracy nie była specjalnym zaskoczeniem. Ostatnio niemal wszyscy zresztą robili po godzinach. Inna sprawa, że ona miała niespotykany talent do natykania się na przekleństwa także w czasie wolnym.
- Żaden problem, jeśli nie dorwę jego, pokażę to mojej kuzynce. Zakradnę się do jej pokoju przez okno czy coś, żeby przypadkiem najpierw mama nie zobaczyła mnie w takim stanie. Bo tego może nie widać, ale to mi trochę przeszkadza w mówieniu, więc to dla mnie taka totalna tragedia – palnęła Brenna po swojemu, po czym otworzyła drzwi pokoju, w którym przesłuchiwała Rookwooda. Nie protestowała wobec pomocy, była za nią nawet wdzięczna, bo w tej chwili zmęczona i obolała nie ufała, że gdyby Rookwood, nawet skuty, coś kombinował, na pewno dałaby radę sobie z nim poradzić. A na razie wiedziała o nim trzy rzeczy – pomijając te najbardziej oczywiste.
Bardzo dobrze się bił, był zdecydowanie na bakier z prawem i lubił udawać głupszego niż był.
Jej brwi powędrowały w górę, kiedy Sauriel zwrócił się do Victorii. Nie powinna być zaskoczona, że się znają – wszak sama Tori parę dni temu wspominała, że jest dość luźno spokrewniona z Rookwoodami. Choć w rodach czystej krwi nie było to nic nadzwyczajnego, to prawdopodobnie bywali na tych samych… okazjach. A jednak… jakoś ją to trochę zdziwiło. Może dlatego, że „Rookwood” kojarzyła negatywnie, a Victorię pozytywnie. Może, bo patrząc po jego stroju i zachowaniu, zdawał się zupełnie z innego świata niż zawsze nienagannie się prezentująca Tori, która przynajmniej w szerszym gronie zachowywała się nienagannie i profesjonalnie.
I tym razem to ona rzuciła Lestrange pytające spojrzenie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.