Logan na miejscu Astorii zdecydowanie bardziej uważałby na słowa wypowiadane przecież w miejscu publicznym, gdzie każdy mógł ich usłyszeć — nawet jeśli teraz wydawało się, że zostali na cmentarzu sami i mogą rozmawiać otwarcie. Może to wyuczona zapobiegliwość mężczyzny spowodowała, że lekko się skrzywił, a może był to już wpływ zwykłej paranoi. Gdyby nie fakt, że on również maczał palce w śmierci Williama, zapewne przemilczałby ten fakt; ale było inaczej.
— Uważaj na słowa, zrozpaczona świeża wdowo — syknął, choć powstrzymał chęć rozglądnięcia się po cmentarzu w celu wyszukania jakichś nieprawidłowości mających sugerować, że ktoś może przysłuchiwać się ich wymianie zdań. Jakiś rozżalony, przesadnie wścibski krewny albo interesant Williama, który ze względu na jego niespodziewaną śmierć stracił cały swój majątek. Logan nie wątpił, że zmarły pozostawił po sobie wielu wrogów. — Ciało jeszcze nawet nie wystygło — dodał jeszcze ciszej.
A jemu nie spieszyło się aby dołączyć do Croucha.
Kiedy Astoria podjęła wędrówkę w kierunku wyjścia z cmentarza, Login posłusznie ruszył obok niej. Wyglądało to jak naturalna kolej rzeczy, jakby tak właśnie musiało być i nie było innej możliwości dla ich dwójki. Tak, jakby czekał na nią przez całą ceremonię pogrzebową; jakby byli umówieni. Chociaż wcale nie byli, a on do ostatniej chwili wahał się czy dołączyć do żałobników.
Skinął głową w odpowiedzi na zadane pytanie, ale widocznie tak lakoniczna odpowiedź nie usatysfakcjonowała Astorii, bo ciągle drążyła temat.
— O tej porze bary są pełne, mugolskie czy nie — odpowiedział, zerkając w bok, na towarzyszącą mu w tym leniwym spacerze kobietę. Wreszcie pozbyła się dziwacznego wynalazku zasłaniającego oczy, mógł więc oglądać jej twarz w całości. — Tak, to będzie specjalne miejsce. Zapraszam do mnie — dodał z błyskiem w oku, unosząc kącik ust w krzywym uśmiechu.
Zatrzymał się, potoczył spojrzeniem po okolicy. Nie przepadał za teleportacją, ale starał się o tym nie myśleć w chwili, kiedy kładł ciężką dłoń na ramieniu Astorii i przenosił ich wprost na ulicę Śmiertelnego Nokturnu; jak zwykle sprawiała wrażenie a trochę ciemniejszej i zimniejszej niż wszystkie inne ulice Londynu, nawet mimo letniego popołudnia. Od sklepu z antykami dzieliło ich jeszcze kilkaset jardów, które Logan przemierzył zdecydowanie mniej leniwym i luźnym krokiem niż jeszcze chwilę temu na cmentarzu; na Nokturnie bowiem nie należało sprawiać wrażenia ani rozleniwionego, ani plątającego się bez celu.
Było sobotnie popołudnie, więc sklep był zamknięty i dzięki małej tabliczce przylepionej do szyby od środka i obwieszczającej właśnie taki stan rzeczy, powinni mieć tutaj z Astorią spokój i wystarczającą prywatność, żeby...
Żeby co?
Logan odepchnął od siebie obraz, który pojawił mu się przed oczami i wyciągnął różdżkę, żeby otworzyć drzwi. Wszedłszy do środka, uderzył ich stęchły zapach kurzu i starych drewnianych mebli wyżartych przez korniki. Logan zamknął za nimi drzwi i nie trudząc się zapaleniem różdżki, skierował się wąskim labiryntem w stronę zaplecza, gdzie nie było okien i światło świec nie mogło zwrócić niepożądanej uwagi ludzi przechodzących Nokturnem.
W niewielkim pomieszczeniu, gdzie regały wypełnione zakurzonymi księgami zajmowały już tylko jedną ścianę, a poza tym znajdowało się w nim tylko wąskie biurko wciśnięte w kąt, nakastlik i dwa fotele, wskazał Astorii jeden z nich. Sam zapalił kilka niegasnących świec rozpraszających wieczny półmrok pomieszczenia bez okien, po czym sięgnął do dolnej szuflady biurka, gdzie zawsze miał jakiś alkohol na czarną godzinę.
— Tutaj możemy rozmawiać otwarcie. Crouch miał dużo wpływowych wrogów i długi, których nie uregulowała nawet jego śmierć — odezwał się wreszcie, odkorkowując butelkę Ognistej i rozlewając do dwóch prostych szklanek ustawionych na niewielkim stoliku znajdującym się pomiędzy fotelami. — Ktoś z nich złożył ci już wizytę? — zapytał, jednocześnie podnosząc wzrok na kobietę i podając jej uzupełnioną do połowy szklankę.
Zajął miejsce w fotelu obok.
just wanna bury them