20.07.2023, 10:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2023, 10:37 przez Brenna Longbottom.)
Brenna uśmiechnęła się tylko - półgębkiem, bo tego kącika ust od strony obitej wolała nie unosić za wysoko - na oskarżenia o bycie pracoholiczką. Nie uważała to do końca za pracoholizm: wierzyła święcie, że gdyby nie wojna, postępowałaby w wielu sprawach inaczej i może nie przydarzałoby się jej tyle przypadków poza pracą, które kończyły się robotą papierkową... Ale była to też ostatnia rzecz, o jaką zamierzała teraz się kłócić.
Gdy rozmawiali z Saurielem, nie uśmiechała się już. I dobrze, bo to ułatwiło jej utrzymanie niezmienionego wyrazu twarzy, gdy zostali sobie "przedstawieni". Inaczej ten uśmiech znikłby na pewno, jak zmazany gąbką. "Mój narzeczony" odbiło się w głowie Brenny echem, a wszystkie wnętrzności - mogłaby przysiąc - wywinęły salto. I nie chodziło nawet o to, że partner Victorii rzucił się na kogoś w barze z taką furią, że Brennie przez moment zdawało się, że chce go zabić. Ani o to, że nosiła na twarzy ślady po jego pięści, a miejsce, gdzie potem uderzył, też pobolewało. Nie o jego ubranie, zachowanie, nie o to, że go aresztowała.
Był Rookwoodem.
A Rookwoodowie może i nie byli wszyscy śmierciożercami (choć o tym, że Fineas nim był, miała okazję się przekonać, ale jedna osoba nie oznaczała, że inni nimi są), ale przynajmniej niektórzy z nich na pewno nienawidzili mugoli i mugolaków. W obecnym klimacie to jej wystarczyło do ostrożności. Sprawa Fineasa, Helen, Chester, Charlie ukrywający się w jej własnym domu, to że dwóch Rookwoodów było wampirami, wszystko przeleciało przez głowę Brenny, gdy patrzyła na Victorię - unikającą jej wzroku. I żołądek Detektyw ściskał się boleśnie, na myśl o tym, że ledwo co ją przepraszała - przepraszała, bo nie umiała ufać jej całkowicie, bo zastanawiała się, czy rodzina w coś ją nie wciągnie, aż w końcu zdołała mimo całej swojej paranoi uwierzyć, że nieważne, co zrobi jej matka i ojciec, Victoria zawsze wybierze to, co właściwe... a teraz...
Teraz zastanawiała się, czy Tori będzie miała luksus dokonania takiego wyboru, mając Rookwooda za męża. Bo nawet jeżeli Victoria Lestrange stanie po tej dobrej stronie, to teraz za łatwo ktoś mógł użyć imperio, legimens bądź po prostu wyciągnąć wnioski z paru pozornie niewinnych słów, które ta usłyszy od koleżanek. A Brenna nie odpowiadała tylko za swoje życie: nie mogła źle ulokować zaufania, bo naraziłaby wszystkich swoich bliskich zaangażowanych w tę wojnę.
I na litość Merlina.
Nawet jeżeli Sauriel był miłym gościem, nawet jeśli jakimś cudem nie miał żadnej siostry ani żadnego ojca śmierciożercy... to jej przyjaciółka była zaręczona z wampirem. Jak miała się o nią nie martwić?
- Można powiedzieć, że przy pierwszym spotkaniu zwalił mnie wręcz z nóg, ale możesz się pocieszyć, że miewałam dziwniejsze początki znajomości... hm... em... na przykład ten, kiedy spadłam na jednego Krukona z dachu szklarni w Hogwarcie albo jak nasz nowy stażysta oburzał się, że nie noszę kagańca, a Sebastian chyba do tej pory ma mnie za zwiastuna chaosu i zniszczenia, chociaż to on egzorcyzmuje duchy - powiedziała, bardzo starając się zapanować nad głosem. Niepokazywanie pewnych rzeczy weszło jej już w krew. Była podejrzliwa, ale żyła w określonym środowisku i nie mogła pozwolić sobie na wiele zachowań. Dbała więc, by nikt nie zorientował się, że nie bez powodu na przykład na herbatce u takich Blacków pije tylko wodę. Poza tym... sama wiedziała, że nie ma prawa odnosić się do kogoś gorzej, póki ten nie zachowa się jak drań: w końcu nazwisko i nawet podejrzani krewni niczego nie przesądzali, Charles był najlepszym dowodem. Choć dowolny aurowidz na pewno wiedziałby, jaka burza właśnie trwała w jej głowie i emocjach, nie planowała tego po sobie pokazać osobom bez Trzeciego Oka. Więc... paplała. Dokładnie tak samo, jak zawsze. Brenna lubiła mówić, lubiła słuchać, ale paplanina była też dla niej pewnego rodzaju zbroją. Przychodziło to nieco łatwiej, bo to... wciąż była Victoria.
– Hm, tak, witam serdecznie – odparła na jego powitanie. Innych słów nie skomentowała, chociaż zaiste – Rookwood mógłby iść w karierę prawniczą, śpiewał nie gorzej niż Crouchowie podczas swoich występów na sali sądowej. Jakiś kontrast wobec tej „pani władzy” i zgrywania idioty. I był w tym całkiem niezły, bo gdyby trzymał się tego konsekwentnie, pewnie dałaby się przekonać, że te pierwsze rzucone w jej stronę zdania „normalne” o niczym nie świadczyły. Jej paplanina przy jego elokwentnych wypowiedziach sprawiała, że to ona zdawała się przypadkową osobą z ulicy.
- Bardzo proszę, nasz luksusowy apartament - powiedziała, wpuszczając Sauriela do celi i uwalniając mu ręce. Sama cela była zabezpieczona, krat nie dało się uszkodzić łatwo ani magią, ani siłą fizyczną, więc tutaj nie obawiała się już, że wywinie jakiś numer. Za to... Coś przyszło jej do głowy. - Hm. Czy poza papierem i sową teraz powinnam iść szukać jakiejś krwi? Nie chciałabym znowu skończyć z głodnym wampirem.
Może nie było to dyplomatyczne, i nawet głupio było jej pytać, ale brzmiało lepiej od: hej, kiedy jadłeś i czy spróbujesz nas pozabijać zaraz z głodu, jak cię nie nakarmię? Nie miała pojęcia, jak długo wampir mógł wytrzymać bez posiłku. Poza tym osób chwilowo aresztowanych nie wolno było głodzić, miała więc dziwne wrażenie, że jeżeli to pominie, ktoś może wykorzystać to przeciwko niej, bo – to – nie – wina – wampira – że – ma – specjalne – potrzeby – żywieniowe.
I wreszcie - aż za dobrze pamiętała zachowanie Codyego i szaleńczą ucieczkę z Nokturna. A tu Sauriel nie miał, gdzie uciekać. Nie chciała ryzykować żadnego... wypadku.
A już na pewno nie chciała, żeby zeżarł sowę.
Gdy rozmawiali z Saurielem, nie uśmiechała się już. I dobrze, bo to ułatwiło jej utrzymanie niezmienionego wyrazu twarzy, gdy zostali sobie "przedstawieni". Inaczej ten uśmiech znikłby na pewno, jak zmazany gąbką. "Mój narzeczony" odbiło się w głowie Brenny echem, a wszystkie wnętrzności - mogłaby przysiąc - wywinęły salto. I nie chodziło nawet o to, że partner Victorii rzucił się na kogoś w barze z taką furią, że Brennie przez moment zdawało się, że chce go zabić. Ani o to, że nosiła na twarzy ślady po jego pięści, a miejsce, gdzie potem uderzył, też pobolewało. Nie o jego ubranie, zachowanie, nie o to, że go aresztowała.
Był Rookwoodem.
A Rookwoodowie może i nie byli wszyscy śmierciożercami (choć o tym, że Fineas nim był, miała okazję się przekonać, ale jedna osoba nie oznaczała, że inni nimi są), ale przynajmniej niektórzy z nich na pewno nienawidzili mugoli i mugolaków. W obecnym klimacie to jej wystarczyło do ostrożności. Sprawa Fineasa, Helen, Chester, Charlie ukrywający się w jej własnym domu, to że dwóch Rookwoodów było wampirami, wszystko przeleciało przez głowę Brenny, gdy patrzyła na Victorię - unikającą jej wzroku. I żołądek Detektyw ściskał się boleśnie, na myśl o tym, że ledwo co ją przepraszała - przepraszała, bo nie umiała ufać jej całkowicie, bo zastanawiała się, czy rodzina w coś ją nie wciągnie, aż w końcu zdołała mimo całej swojej paranoi uwierzyć, że nieważne, co zrobi jej matka i ojciec, Victoria zawsze wybierze to, co właściwe... a teraz...
Teraz zastanawiała się, czy Tori będzie miała luksus dokonania takiego wyboru, mając Rookwooda za męża. Bo nawet jeżeli Victoria Lestrange stanie po tej dobrej stronie, to teraz za łatwo ktoś mógł użyć imperio, legimens bądź po prostu wyciągnąć wnioski z paru pozornie niewinnych słów, które ta usłyszy od koleżanek. A Brenna nie odpowiadała tylko za swoje życie: nie mogła źle ulokować zaufania, bo naraziłaby wszystkich swoich bliskich zaangażowanych w tę wojnę.
I na litość Merlina.
Nawet jeżeli Sauriel był miłym gościem, nawet jeśli jakimś cudem nie miał żadnej siostry ani żadnego ojca śmierciożercy... to jej przyjaciółka była zaręczona z wampirem. Jak miała się o nią nie martwić?
- Można powiedzieć, że przy pierwszym spotkaniu zwalił mnie wręcz z nóg, ale możesz się pocieszyć, że miewałam dziwniejsze początki znajomości... hm... em... na przykład ten, kiedy spadłam na jednego Krukona z dachu szklarni w Hogwarcie albo jak nasz nowy stażysta oburzał się, że nie noszę kagańca, a Sebastian chyba do tej pory ma mnie za zwiastuna chaosu i zniszczenia, chociaż to on egzorcyzmuje duchy - powiedziała, bardzo starając się zapanować nad głosem. Niepokazywanie pewnych rzeczy weszło jej już w krew. Była podejrzliwa, ale żyła w określonym środowisku i nie mogła pozwolić sobie na wiele zachowań. Dbała więc, by nikt nie zorientował się, że nie bez powodu na przykład na herbatce u takich Blacków pije tylko wodę. Poza tym... sama wiedziała, że nie ma prawa odnosić się do kogoś gorzej, póki ten nie zachowa się jak drań: w końcu nazwisko i nawet podejrzani krewni niczego nie przesądzali, Charles był najlepszym dowodem. Choć dowolny aurowidz na pewno wiedziałby, jaka burza właśnie trwała w jej głowie i emocjach, nie planowała tego po sobie pokazać osobom bez Trzeciego Oka. Więc... paplała. Dokładnie tak samo, jak zawsze. Brenna lubiła mówić, lubiła słuchać, ale paplanina była też dla niej pewnego rodzaju zbroją. Przychodziło to nieco łatwiej, bo to... wciąż była Victoria.
– Hm, tak, witam serdecznie – odparła na jego powitanie. Innych słów nie skomentowała, chociaż zaiste – Rookwood mógłby iść w karierę prawniczą, śpiewał nie gorzej niż Crouchowie podczas swoich występów na sali sądowej. Jakiś kontrast wobec tej „pani władzy” i zgrywania idioty. I był w tym całkiem niezły, bo gdyby trzymał się tego konsekwentnie, pewnie dałaby się przekonać, że te pierwsze rzucone w jej stronę zdania „normalne” o niczym nie świadczyły. Jej paplanina przy jego elokwentnych wypowiedziach sprawiała, że to ona zdawała się przypadkową osobą z ulicy.
- Bardzo proszę, nasz luksusowy apartament - powiedziała, wpuszczając Sauriela do celi i uwalniając mu ręce. Sama cela była zabezpieczona, krat nie dało się uszkodzić łatwo ani magią, ani siłą fizyczną, więc tutaj nie obawiała się już, że wywinie jakiś numer. Za to... Coś przyszło jej do głowy. - Hm. Czy poza papierem i sową teraz powinnam iść szukać jakiejś krwi? Nie chciałabym znowu skończyć z głodnym wampirem.
Może nie było to dyplomatyczne, i nawet głupio było jej pytać, ale brzmiało lepiej od: hej, kiedy jadłeś i czy spróbujesz nas pozabijać zaraz z głodu, jak cię nie nakarmię? Nie miała pojęcia, jak długo wampir mógł wytrzymać bez posiłku. Poza tym osób chwilowo aresztowanych nie wolno było głodzić, miała więc dziwne wrażenie, że jeżeli to pominie, ktoś może wykorzystać to przeciwko niej, bo – to – nie – wina – wampira – że – ma – specjalne – potrzeby – żywieniowe.
I wreszcie - aż za dobrze pamiętała zachowanie Codyego i szaleńczą ucieczkę z Nokturna. A tu Sauriel nie miał, gdzie uciekać. Nie chciała ryzykować żadnego... wypadku.
A już na pewno nie chciała, żeby zeżarł sowę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.