20.07.2023, 18:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2023, 18:36 przez Brenna Longbottom.)
– Czyli to ty zbijasz mnie z nóg? - rzuciła na słowa Victorii.
Tak naprawdę nie miało znaczenia, co myśli o Saurielu. To, w jakim świecie żyli, kim byli i w jakich okolicznościach się poznali jako dorośli - bo jako nastolatkowie minęli się na pewno raz czy dwa na korytarzach szkoły - sprawiało, że Brenna może i miała traktować go normalnie, ale w duchu zastanawiać się, jak mocno popiera Voldemorta i czy jako wampir nie zabija swoich ofiar. Dlatego nie było mowy o przyjaźni, nie z jej strony przynajmniej. A w dodatku... choć ona tego nie wiedziała, to Rookwood już mógł być tego faktycznie pewien - stali po dwóch stronach Barykady. Z dużym prawdopodobieństwem pewnego dnia jedno zginie z ręki drugiego, a on już miał na rękach krew jej rodu.
I gdyby wiedziała o tym, na pewno któreś z nich z tego cholernego baru nie wyszłoby żywe - i na pewno używałaby różdżki, a nie próbowała po prostu powstrzymać bójkę.
Teraz jednak... nie wiedziała, a wszelką niechęć i nieufność wykraczającą poza "obił mi twarz" skrywała.
Nie zdążyła wyjaśnić, o czym mówią ani skomentować słów Sauriela, który wyjaśnił, że mówią o książce. Bo spojrzała na Victorię, gdy ta zadała pytanie, i dostrzegła... znajome sobie objawy. To, co widywała ostatnio u Mavelle i pośrednio dzięki czemu wciąż nosiła ślad po rozwaleniu sobie łuku brwiowego. I co, bez wątpienia, wielokrotnie ludzie widywali u niej - nie gdy patrzyła na pozostałość limbo, a widma, echa, pozostałe na przedmiotach i miejscach. Odruchowo wyciągnęła rękę, by podtrzymać Lestrange, ale ta nagle...
Musiała iść na Nokturn.
Aha.
– Zamierzasz iść na… – zaczęła, ale urwała. Lestrange bowiem poruszała się chyba pierwszy raz w życiu szybciej od niej.
- Cholera, cholera, cholera - wykrztusiła, patrząc za Victorią. Czy ta naprawdę zostawiła albo miała do załatwienia coś na Nokturnie? Coś aż tak istotnego, by biec tam w takim pośpiechu? Brenna gwałtownym gestem wyciągnęła różdżkę z kieszeni i wycelowała w swoje buty, zaklęciem pozbawiając je obcasów. Nie stały się odpowiednie na wizytę na Nokturnie, ale przynajmniej nie krzyczały: ta pani ma pieniądze i nie będzie szybko biegać. Lewą ręką już wyciągała z włosów srebrne spinki - nie nosisz takich rzeczy na Nokturn, jeśli nie chcesz ich stracić razem z głową! - upychając je w kieszeniach. - Musisz poczekać na resztę formalności. Nie puszczę jej przecież w środku nocy samej na Nokturn! Kurwa, muszę komuś ukraść koszulę...
Nie mogła iść na Nokturn w takim stroju. To znaczy mogła, jeśli chciała sobie zagwarantować kolejny pojedynek, bo to było proszenie się o problemy.
Nie czekała nawet na odpowiedź Rookwooda. Pognała korytarzem, w czasie, gdy Vici będzie słać list, zamierzając najpierw wpaść do biura Brygady albo Aurorów, dopaść pierwszą znajomą osobę i wydobyć od niej koszulę albo płaszcz błaganiem, szantażem oraz przekupstwem (dosłownie, była gotowa zapłacić dziesięć razy tyle, ile takie było warte), w skrajnym wypadku nawet po prostu ukraść czyjąś marynarkę, bo nie miała czasu… A potem… popędzić w ślad za Victorią, by ją złapać, zanim się teleportuje.
Do przystani czarnoksiężników.
Nocą.
Pobita, obolała, w kiecce i kradzionej koszuli, u boku dziewczyny kryjącej pod o wiele za dużą, skórzaną kurtką, zabraną aresztowanemu, mundur aurorki.
Przynajmniej tym razem nikt nie mógł powiedzieć, że to Brenna miała talent do takich sytuacji, spotkało to przecież Tori, prawda?
Tak naprawdę nie miało znaczenia, co myśli o Saurielu. To, w jakim świecie żyli, kim byli i w jakich okolicznościach się poznali jako dorośli - bo jako nastolatkowie minęli się na pewno raz czy dwa na korytarzach szkoły - sprawiało, że Brenna może i miała traktować go normalnie, ale w duchu zastanawiać się, jak mocno popiera Voldemorta i czy jako wampir nie zabija swoich ofiar. Dlatego nie było mowy o przyjaźni, nie z jej strony przynajmniej. A w dodatku... choć ona tego nie wiedziała, to Rookwood już mógł być tego faktycznie pewien - stali po dwóch stronach Barykady. Z dużym prawdopodobieństwem pewnego dnia jedno zginie z ręki drugiego, a on już miał na rękach krew jej rodu.
I gdyby wiedziała o tym, na pewno któreś z nich z tego cholernego baru nie wyszłoby żywe - i na pewno używałaby różdżki, a nie próbowała po prostu powstrzymać bójkę.
Teraz jednak... nie wiedziała, a wszelką niechęć i nieufność wykraczającą poza "obił mi twarz" skrywała.
Nie zdążyła wyjaśnić, o czym mówią ani skomentować słów Sauriela, który wyjaśnił, że mówią o książce. Bo spojrzała na Victorię, gdy ta zadała pytanie, i dostrzegła... znajome sobie objawy. To, co widywała ostatnio u Mavelle i pośrednio dzięki czemu wciąż nosiła ślad po rozwaleniu sobie łuku brwiowego. I co, bez wątpienia, wielokrotnie ludzie widywali u niej - nie gdy patrzyła na pozostałość limbo, a widma, echa, pozostałe na przedmiotach i miejscach. Odruchowo wyciągnęła rękę, by podtrzymać Lestrange, ale ta nagle...
Musiała iść na Nokturn.
Aha.
– Zamierzasz iść na… – zaczęła, ale urwała. Lestrange bowiem poruszała się chyba pierwszy raz w życiu szybciej od niej.
- Cholera, cholera, cholera - wykrztusiła, patrząc za Victorią. Czy ta naprawdę zostawiła albo miała do załatwienia coś na Nokturnie? Coś aż tak istotnego, by biec tam w takim pośpiechu? Brenna gwałtownym gestem wyciągnęła różdżkę z kieszeni i wycelowała w swoje buty, zaklęciem pozbawiając je obcasów. Nie stały się odpowiednie na wizytę na Nokturnie, ale przynajmniej nie krzyczały: ta pani ma pieniądze i nie będzie szybko biegać. Lewą ręką już wyciągała z włosów srebrne spinki - nie nosisz takich rzeczy na Nokturn, jeśli nie chcesz ich stracić razem z głową! - upychając je w kieszeniach. - Musisz poczekać na resztę formalności. Nie puszczę jej przecież w środku nocy samej na Nokturn! Kurwa, muszę komuś ukraść koszulę...
Nie mogła iść na Nokturn w takim stroju. To znaczy mogła, jeśli chciała sobie zagwarantować kolejny pojedynek, bo to było proszenie się o problemy.
Nie czekała nawet na odpowiedź Rookwooda. Pognała korytarzem, w czasie, gdy Vici będzie słać list, zamierzając najpierw wpaść do biura Brygady albo Aurorów, dopaść pierwszą znajomą osobę i wydobyć od niej koszulę albo płaszcz błaganiem, szantażem oraz przekupstwem (dosłownie, była gotowa zapłacić dziesięć razy tyle, ile takie było warte), w skrajnym wypadku nawet po prostu ukraść czyjąś marynarkę, bo nie miała czasu… A potem… popędzić w ślad za Victorią, by ją złapać, zanim się teleportuje.
Do przystani czarnoksiężników.
Nocą.
Pobita, obolała, w kiecce i kradzionej koszuli, u boku dziewczyny kryjącej pod o wiele za dużą, skórzaną kurtką, zabraną aresztowanemu, mundur aurorki.
Przynajmniej tym razem nikt nie mógł powiedzieć, że to Brenna miała talent do takich sytuacji, spotkało to przecież Tori, prawda?
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.